Trwa ładowanie...
d6pn49j

Ferie w PRL-u. Połamane sanki i "Rambo" na VHS

Kto pamięta zimy lat 80., ten wie, że zazwyczaj bywały podręcznikowe. Śniegu po kolana, zimno, zasypane tory i drogi. I choć większość zdjęć z tamtych czasów jest czarno-biała, a opis na papierze przaśny, to jednak mam wrażenie, że bawiliśmy się lepiej niż współczesne dzieciaki.
Share
Dzieci wciągają sanki na górkę w Parku Mirowskim
Dzieci wciągają sanki na górkę w Parku MirowskimŹródło: NAC, Fot: Rutowska Grażyna
d6pn49j

Jak ferie to… nad morzem

Wyprawy na drugi koniec Polski w środku zimy oczywiście się zdarzały - sama doświadczyłam 14 godzinnej jazdy autokarem. Jednak zakłady pracy zwykle wysyłały dzieci swoich pracowników do ośrodków usytuowanych niedaleko miejsca zamieszkania.

Z Gdańska jeździliśmy więc na ferie najczęściej do Stegny. Senna zimą nadmorska miejscowość może się wydawać niezwykłym celem takich podróży. Płasko, więc o nartach można zapomnieć. Główna atrakcja - czyli morze - zwykle pokryte krą. Zresztą nikt nie planował morsowania z dzieciakami.

Odśnieżanie w Sopocie. Styczeń 1985 r. PAP
Odśnieżanie w Sopocie. Styczeń 1985 r. Źródło: PAP, Fot: Janusz Uklejewski

Za to po silnych wiatrach zdarzało się, że ruszyło jakieś złoże bursztynu i mogliśmy nie tylko podglądać rybaków wyciągających z morza miodowe bryłki, ale też pogrzebać w wyrzuconych na brzeg śmieciach i znaleźć bursztyn o jakim latem trudno pomarzyć. Moje największe znalezisko - owalny bursztyn o średnicy około 3 cm - do dziś sprawia, że Stegna kojarzy mi się z krainą skarbów.

d6pn49j

Co jeszcze można robić na takim zimowisku nad morzem? Oczywiście były wojny na śnieżki, lepienie bałwanów, kuligi. Najważniejsze było jednak życie towarzyskie, a to toczyło się w ośrodku.

Zima 1978 NAC
Zima 1978 Źródło: NAC, Fot: Grażyna Rutowska

Kombinowanie kreacji na dyskoteki, brokat sypany we włosy i przyklejany do policzków oraz oczywiście wieczorki filmowe. W latach 80. niektórzy szczęśliwcy posiadali już odtwarzacze wideo, a bez nich zimowisko w Stegnie nie mogło się obyć. Każda niezajechana do granic oglądalności kaseta VHS była w cenie. Nikt nie marudził na gatunek, czy jakość kopii - każdy amerykański film wywoływał entuzjazm. Hitem był "Rambo" - odtwarzany dla przyjemności dzieciaków i opiekunów po kilkanaście razy na każdym wyjeździe.

Białe zamki i skoki narciarskie

Większość zimowych wakacji spędzałam nad morzem. Jednak dwa razy udało mi się w tym okresie trafić na południe Polski. Za pierwszym razem był to wyjazd do Zawiercia, z którego pamiętam przede wycieczkę do pięknie ośnieżonego zamku w Ogrodzieńcu.

d6pn49j

Drugi wyjazd to harcerskie ferie narciarskie. Do dziś podziwiam odwagę naszych drużynowych, którzy zdecydowali się zabrać bandę dzieciaków, z własnym sprzętem i oczywiście plecakami z zewnętrznym stelażem, taki kawał drogi. Przygodą była już sama podróż. Kilkanaście godzin w pociągu, z mnóstwem bambetli. Potem przesiadka na autobus, z mniejszą liczbą tobołków, bo oczywiście kilka kijków i reklamówek z jedzeniem na drogę udało się pogubić.

Z tych ferii nie pamiętam zbyt wiele. Miałam może z 10-11 lat. Poza niezwykłymi widokami, zapadły mi w pamięć dwie rzeczy. Pierwsza, że kolega Szymon złamał obojczyk i przez cały dzień trwała akcja dostarczenia go do jakiegoś szpitala czy innego ośrodka zdrowia, który zdiagnozuje i opatrzy kontuzję. Druga, to moja pierwsza próba oddania skoku na nartach.

Przyzwyczajona do niewielkich muldek, na których oddawaliśmy szalone skoki na morenowych górkach w Gdańsku, na widok podobnie niewinnej hopki w górach, odważnie zjechałam. Okazało się, że pod pokrywą śniegu skrywała się mulda trochę większa niż przewidywałam, a za nią zamiast gładkiego zjazdu, ogromna zaspa, w którą oczywiście wpadłam. Mnie wydobyto bez problemu - czapka wystawała, ale jednego z kijków, mimo długich poszukiwań, bo towar był deficytowy, nie odnaleźliśmy już nigdy.

Zjazd na sankach na jednym z osiedli NAC
Zjazd na sankach na jednym z osiedli Źródło: NAC, Fot: Grażyna Rutowska

Po morenach na krechę

Z sentymentem wspominam też ferie w mieście. Tym bardziej, że jako mieszkanka Górnego Wrzeszcza (dzielnica Gdańska - dop.red.), las miałam wszędzie dookoła. I to jaki las! Pokrywający wspaniałe morenowe wzgórza, dające nieograniczone wprost możliwości uprawiania zimowych sportów.

Zimowy spacer w 1976 r. NAC
Zimowy spacer w 1976 r. Źródło: NAC

Jeździliśmy na najdziwniejszych sprzętach. Poza nartami i sankami - oczywiście drewnianymi, na metalowych płozach (mniej lub bardziej połamanych), w ruch szły też opony i worki po ziemniakach wypełnione słomą. Techniki zjazdu rozmaite, dobitnie świadczyły jeśli nie o umiejętnościach, to przynajmniej o fantazji i odwadze zjeżdżającego.

d6pn49j

Na najlepszych górkach zawsze były kolejki. Jasno określona była też skala trudności. Łagodne, powolne zjazdy dla najmłodszych. Szybkie, pionowe dla rządnych większych wrażeń starszaków. No i najbardziej ekstremalne - strome z muldami. Kto zjeżdżał na takich na leżąco głową na dół, cieszył się uznaniem całej leśnej gawiedzi. Oczywiście zdarzały się wypadki.

Moja koleżanka niemal każdej zimy przynajmniej raz miała nogę w gipsie. Zwykle jednak kończyło się na połamanych szczebelkach sanek i odmrożonych uszach i dłoniach, bo w takim szaleństwie nikt nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami, jak wiecznie gubione czapki i rękawiczki.

Kiedyś dzieci częściej lepiły bałwana same, bez pomocy rodziców NAC
Kiedyś dzieci częściej lepiły bałwana same, bez pomocy rodziców Źródło: NAC

Dziś, choć śniegu po kolana, górki osiedlowe są niemal puste. Podczas godzinnego spaceru z psem, spotkałam na sankach może z 10 osób. Głównie mamy, leniwie ciągnące za sznurek, okutane w zimowe śpiworki maluchy. Bałwany też lepią raczej rodzice… Może jednak brak spektakularnych atrakcji tej zimy, skłoni młodych ludzi, by odkryli jej najprostsze uroki!

d6pn49j

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Symbol luksusu w PRL. Niezwykła historia transatlantyka Batory

d6pn49j

Podziel się opinią

Share
d6pn49j
d6pn49j