Koh Tao, wyspa gwałtu. Spędziłam tam tydzień

Zmasakrowane zwłoki Hanny i Davida znaleziono na plaży. Hannah przed śmiercią została zgwałcona. Koh Tao - rajska wyspa w Tajlandii szybko zyskała przydomek "wyspy gwałtu". Pojechałam tam sprawdzić, ile prawdy jest w plotkach.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Wyspa Koh Tao, jedno z najpiękniejszych miejsc Tajlandii
Wyspa Koh Tao, jedno z najpiękniejszych miejsc Tajlandii (WP.PL)
WP

Był wrzesień 2018 roku, kiedy brytyjskie gazety obiegła wstrząsająca wiadomość. "19-latka zgwałcona w raju. Ostrzega innych" – krzyczał "Daily Mirror". "Władze tuszują sprawę" – wtórował mu "The Sun". "Horror na Wyspie Śmierci" – pisał "NY Post".

Dziewczyna, której imienia media nie ujawniły, kilka tygodni wcześniej przeżyła na Koh Tao koszmar. W popularnym barze Fish Bowl zamówiła cuba libre i wypiła je w towarzystwie kolegi. Reszty wieczoru nie pamięta. Obudziła się następnego dnia na plaży, bez szortów i bielizny. Obok niej na piasku leżał obcy mężczyzna i uśmiechał się do niej lubieżnie.

WP.PL
Podziel się
WP

19-latka zorientowała się, że nie ma pieniędzy ani telefonu i zgłosiła się na policję. Funkcjonariusze potraktowali ją jednak lekceważąco. Nie wysłali do lekarza, mimo że kobieta miała nogi podrapane do krwi, a na koszulce ślady spermy. Nie spisali zeznań. Nie zapewnili pomocy psychologicznej. Uznali, że żadnego gwałtu nie było. Że zgłosiła się na zły komisariat. Że w ogóle to zgłosiła się za późno. Machnęli ręką.

Piekło rozpętało się dopiero, gdy Brytyjka zdecydowała się opowiedzieć o wszystkim prasie. Tajska policja z Koh Tao najpierw zaprzeczała, że do czegokolwiek doszło, potem aresztowała 12 osób za rozpowszechnianie wiadomości o gwałcie na Facebooku. Z mediów społecznościowych zaczęły płynąć ostrzeżenia przed wyjazdami do Tajlandii. Koh Tao została ochrzczona "Wyspą Gwałtu". A potem "Wyspą Śmierci".

Wyspa śmierci

WP

Pierwsi byli 23-letnia Hannah i o rok starszy David z Wielkiej Brytanii. W 2014 roku ich zmasakrowane ciała znalezione zostały na plaży na Koh Tao. Sekcja zwłok wykazała, że Hannah została zgwałcona przed śmiercią.

Kilka miesięcy później w wynajmowanym domku policja odkryła powieszone zwłoki 29-letniego Dmitrija. Następna była 23-letnia Christina, która miała nieopatrznie zmieszać antybiotyki z alkoholem. W marcu 2015 roku z hostelu na Koh Tao zniknęła 23-letnia Valentina, po której ginie wszelki ślad. Rok później na dnie basenu koledzy znaleźli 26-letniego Luke’a. Ostatnia była Elise z Belgii, w kwietniu 2017 roku.

Hannah i David, zamordowani na Koh Tao w 2014 roku East News
Podziel się
WP

W przypadku wszystkich śmierci w prasie pojawiły się informacje o opieszałości policji i korupcji władz. Mówiło się o zamiataniu spraw pod dywan, o braku debaty na temat molestowania seksualnego. Za zabójstwo pary Brytyjczyków w 2015 roku skazani zostali (na karę śmierci) dwaj birmańscy robotnicy, ale dyskusja nie ucichła. Głos zabrał nawet premier Tajlandii, Prayuth Chan-ocha, który stwierdził, że "europejskie turystki" zachowują się w jego kraju niefrasobliwie. – Robią, co chcą i noszą bikini – powiedział. – Więc pytam: skoro noszą bikini w Tajlandii, czy mogą czuć się bezpiecznie? Odpowiem wam: Tylko jeśli nie są piękne.

Wyspa żółwia

Jest listopad 2018 roku, kiedy wsiadam na nowoczesny katamaran łączący stały ląd z wyspą Koh Tao. W porcie leje deszcz: trwa jeszcze pora monsunowa. Na pokładzie kilkadziesiąt osób, głównie młodzi Europejczycy z plecakami. Buja. Obsługa rozdaje pasażerom foliowe torebki.

- Duża fala, bardzo niedobrze – mówi po angielsku uśmiechnięta stewardessa i chociaż początkowo nie chce mi się jej wierzyć, to wkrótce torebka się przyda. Nie tylko mnie.

WP

Po półtorej godziny walki z falami mdłości katamaran dopływa do niewielkiego portu. Wysiadam razem z innymi, fioletowymi na twarzach ludźmi i rozglądam się ciekawie. Molo, jedna ulica, niewielkie hoteliki i bungalowy, trochę knajp, barów i sklepów. I szkółki nurkowe. Bo Koh Tao, czyli "wyspa żółwia" to nurkowe centrum Tajlandii.

Podstawowy kurs nurkowy można zrobić tu w kilka dni, a przez resztę cieszyć się słońcem i relaksem. Pływać w krystalicznie czystej wodzie. Spacerować po okolicznych wzgórzach. Przesiadywać wieczorami z drinkiem w dłoni przy muzyce na żywo. Poznawać ludzi.

Czy Hannah, David, Dmitrij, Christina, Luke, Elise i bezimienna 19-latka również spędzali tak swoje wakacje?

WP.PL
Podziel się
WP

Wyspa tajemnic

- Słyszałaś o tajemniczej śmierci dwójki turystów kilka lat temu?
- Nie.

Bella ma osiemnaście lat i jest na swoich pierwszych pozaeuropejskich wakacjach. Z Holandii przyleciała z przyjaciółką i na Koh Tao postanowiła zatrzymać się na dłużej. Chodzą teraz po plaży Sairee (tej samej, na której znaleziono zwłoki Hanny i Davida) i rozdają ulotki reklamujące "pub crawl". Jeden wieczór, cztery puby, impreza w basenie i wiadro rumu z colą. Voucher kosztuje 480 bahtów, czyli około 50 złotych.

- Nigdy nie słyszałam, by było tu niebezpiecznie - mówi Bella i odgarnia z twarzy gęste, rude włosy. - Chodzimy z turystami na pub crawl cztery razy w tygodniu i nie miałyśmy żadnej przykrej przygody...

Pierwszy przystanek rajdu po pubach to impreza nad basenem. Przy barze tłoczą się nastoletnie ciała w skąpych strojach. Tropikalny upał panuje tu nawet nocą: powietrze jest ciężkie i duszne. Dziewczyny wrzucają sobie za dekolt kostki lodu z drinków. Do wody nikt nie wskakuje.

Przystanek drugi: bar z ladyboyami - mężczyznami, którzy przypominają kobiety do tego stopnia, że na ulicy łatwo pomylić płeć. Słyszałam o przypadkach, gdy prawda wychodziła na jaw dopiero w zaciszu hotelowych pokoi. Nie wiadomo, ilu ich jest w Tajlandii, ale umalowane twarze o męskich rysach widzi się wszędzie: w recepcjach, restauracjach, salonach masażu.

Przystanek trzeci: wiadro cuba libre w barze. Wszyscy są już lekko pijani, choć impreza nie przypomina scen znanych z "Niebiańskiej Plaży". Na Koh Tao nie ma wymiotujących na ulicy Anglików ani dzikich orgii, rozsławionych przez "Full Moon Party" odbywające się na sąsiedniej wyspie Koh Phangan. Koh Tao to miejsce bez masowej turystyki, wielkich hoteli i zorganizowanych wycieczek. W bungalowach przy szkółkach nurkowych nocami panuje cisza: mieszanie alkoholu i głębokości jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.

Przystanek czwarty: Fish Bowl. Najsłynniejszy bar na wyspie, w którym co wieczór można posłuchać muzyki na żywo. To tutaj swojego ostatniego drinka zamówiła 19-letnia Brytyjka. Też zamawiam cuba libre. Za barem w mocno wyciętym t-shircie stoi Marcus, dwudziestoparoletni Szwed. W nocy pracuje, w dzień leży na plaży i ćwiczy na siłowni. Efekty obu aktywności widać.

Facebook.com
Podziel się

- Słyszałeś coś o dziewczynie, która została zgwałcona latem na plaży? - pytam, popijając drinka przez ekologiczną słomkę z bambusa. Marcus wzrusza ramionami.
- Czasem ludzie piją tu za dużo.
- Zdarzały się podobne historie?
- Słuchaj, ja tu pracuję. Wypytaj ochroniarzy, jak chcesz.

Faktycznie, baru Fishbowl pilnuje trzech rosłych mężczyzn, z których tylko jeden ma azjatyckie rysy twarzy. Kontrolują oba wejścia - od deptaku i plaży. Uważnie obserwują twarze osób, które grają w "piwnego ping ponga". Rozmawiać jednak nie chcą.

Wyspa uśmiechu

W salonie masażu jak co wieczór pełno. Godzina w rękach Tajki lub Taja kosztuje w przeliczeniu 30 złotych i pozwala wypędzić z ciała ból. Chętnych nie brakuje, to w końcu śmieszna cena dla zachodniego turysty. Znów próbuję pytać o Hannę i Davida. O Dmitrija i Christinę.

- Relax, lady, don't think about bad things (Zrelaksuj się, nie myśl o przykrych rzeczach - przyp.red.) - odpowiada na to dziewczyna, której ręce są zdecydowanie zbyt silne jak na kobietę. - Wakacje, przyjemności, nie mysleć o niczym...

Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej. Idę na lokalny posterunek policji. W niewielkim pawilonie za biurkiem siedzi znużony funkcjonariusz. Nie mówi po angielsku. Znów pudło.

Facebook.com
Podziel się

Wypytuję dalej. Każda ze spotkanych osób przekonuje, że na wyspie można czuć się bezpiecznie. Muszę im wierzyć, w końcu sama śpię w domku zamykanym głównie na słowo honoru. Wieczorami spaceruję po plaży, podziwiam połykaczy ognia, szwendam się po niewielkim centrum. Przesiaduję w barze, słuchając nurkowych opowieści. Ani razu nikt mnie nie zaczepia. Nawet wszechobecne w Azji pytanie "you wanna boat, you wanna massage sir?" (może łódź, a może masaż? - przyp. red.) jest tutaj poskromione. Ani razu nie czuję na sobie pożądliwych spojrzeń. Tajowie tylko uśmiechają się łagodnie.

- Ja mieszkam tu już pięć lat i nie wiem, skąd wzięła się ta czarna legenda - opowiada mi wreszcie Kylie, moja instruktorka nurkowania. Jest Australijką, na Koh Tao przyjechała za pasją. Na wyspie podobnych są dziesiątki: młodzi obcokrajowcy, którzy spędzają dnie w basenie lub pod wodą, ucząc rzesze kursantów. W Tajladnii corocznie wydaje się tysiące certyfikatów uprawniających do nurkowania. Warunki są idealne przez cały rok: ciepło, przejrzysta woda, a do tego jeszcze tanio. Nurkowy raj.

- Myślę, że to, co spotkało tych ludzi, to po prostu wypadek - mówi. - Media rozdmuchały historię, bo to się przecież sprzeda: wyspa gwałtu, śmierć w raju i tak dalej. Ale wiesz, nikt nie mówi o tym, że turyści przyjeżdżają tu i robią sobie z tych rajskich wysp imprezownie. Że Europejki wchodzą do buddyjskich świątyń w górze od bikini tylko po to, by zrobić sobie selfie. Są ludzie, którzy szukają tu przygód na jedną noc. Niemcy czy Skandynawowie przyjeżdżają na seks z małolatami, choć na szczęście, nie na Koh Tao. Tylko za jaką cenę? "Niebiańską plażę" trzeba było zamknąć, bo przyroda nie dałaby sobie z nimi rady. O tym jakoś gazety specjalnie nie piszą. Zresztą - macha ręką Kylie - ja gazet nie czytam.

Opuszczam Koh Tao bez odpowiedzi na pytanie, co przydarzyło się 19-letniej Brytyjce. Pogoda jest tym razem idealna, katamaran tnie wodę jak nóż. W porcie wita nas wielki billboard "Tajlandia. Kraina tysiąca uśmiechów".

Polub WP Turystyka
WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP