Trwa ładowanie...
d1qrmf1

Koronawirus. Polka mieszkająca w Anglii: "Mam nadzieję, że zachowamy zdrowy rozsądek"

Miesiąc temu na Lanzarote "nic" się nie działo - rajskie wakacje, pełne knajpki, spacery po plaży - tak wspomina swoje niedawne wakacje Aleksandra Pietroń, mieszkająca w Anglii. Na krótki wypoczynek z mamą wyjechała w momencie, gdy w Wielkiej Brytanii panował absolutny spokój. Nie spodziewała się, jak wiele stresu będzie ją kosztował powrót do domu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Aleksandra zdążyła wybrać się na urlop przed wprowadzeniem największych obostrzeń
Aleksandra zdążyła wybrać się na urlop przed wprowadzeniem największych obostrzeń (Archiwum prywatne)
d1qrmf1

Magda Bukowska: Wakacje z mamą - czas spotkania i miłych wspólnych chwil. Tak miało być…
Aleksandra Pietroń: I do pewnego momentu było. Mama przyleciała do Liverpoolu 7 marca, następnego dnia poleciałyśmy na Lanzarote. Tam nic się nie działo. Prawdziwe rajskie wakacje. Pełne knajpki, spacery po plaży, zabawa. Tłumy ludzi w autobusach, na ulicach, w hotelach. Było cudownie. Temat koronawirusa właściwie nie istniał. Jedyne zmiany to pojemniki ze środkiem dezynfekcyjnym dostępne w hotelu.

W tym czasie pojawiły się informacje, że wirus jest już na Teneryfie.
To było wcześniej. Nasza znajoma była w tym okresie na wyspie i to w tym samym mieście, w którym zamknięto hotel i też opowiadała, że właściwie nie ma paniki. Nawet planowałam popłynąć promem na Teneryfę.

Archiwum prywatne

Ale zrezygnowałaś?
Tak. Doszłam do wniosku, że to jednak jakieś ryzyko i nie warto go podejmować. Polska telewizja, która była w hotelu coraz więcej czasu poświęcała wirusowi, więc choć na miejscu nie czułyśmy z mamą żadnego napięcia, to te doniesienia z Polski zaczęły budzić w nas lekką obawę.

Zobacz też: Jak epidemia zmieniła życie w Londynie.

Prawdziwym zderzeniem z sytuacją był dla was powrót do domu?
Tak. Wracałyśmy z Lanzarote 12 marca. Paniki jeszcze niby nie było, ale już były problemy z lotami. Nasz był opóźniony o trzy godziny. Zaczęły pojawiać się głosy, że część samolotów odesłano w inne miejsca, żeby ściągać ludzi do Anglii i że, jak nie wylecimy, to utkniemy na wyspie na długo.

Na szczęście się udało.
Tak, ale to nie był koniec przygód. Moja mama miała kupiony bilet na lot do Polski na 16 marca. W piątek, 13 marca pojechałam z nią do siostry, która też mieszka w Anglii i nagle gruchnął komunikat, że w sobotę (14 marca) o północy zamkną lotniska. Pięć osób gorączkowo zaczęło szukać biletów na wcześniejszy samolot. Ceny z minutę na minutę rosły, a nam zależało, żeby mama nie tylko dotarła do domu, ale też wylądowała na lotnisku blisko domu, żeby nie narażać jej na dodatkową podróż w kraju. Na szczęście się udało i mama bezpiecznie doleciała do domu.

Nie wolała zostać z córkami w Anglii?
Nie. W domu czekał na nią nasz młodszy brat, któremu zamknięto uczelnię. Wiedziała, że my jesteśmy tu razem, z naszymi rodzinami. Nasz starszy brat z rodziną w Holandii też już się zamknął w domu, więc była zdesperowana, żeby koniecznie wrócić do Polski.

Mama jest na kwarantannie?
Była przez dwa tygodnie. Sama zgłosiła się do sanepidu. Pracuje jako niania i nie wyobrażała sobie, że po tylu lotach i wizytach w różnych krajach w takim okresie, mogłaby podjąć ryzyko i pójść opiekować się dzieckiem. Tym bardziej, że w tym czasie spotykałyśmy się z bardzo różnymi zachowaniami. Np. pan na lotnisku, który sprawdzał nam paszporty w Anglii, nie tylko nie miał maseczki, ale nawet rękawiczek. Dotykając setek dokumentów każdego dnia.

A jak się czuła po powrocie?
Nikt jej nie badał, ale nie miała żadnych objawów i poza stresem, nic jej nie dolegało. Ta ostatnia podróż sporo ją kosztowała. Kwestionariusz lokalizacyjny, który dostała w samolocie był tylko w języku angielskim, mama miała kłopot, żeby go wypełnić, więc obsługa poprosiła tylko, żeby podała tylko numer telefonu.

Mama wróciła z wakacji do Polski, gdzie poziom napięcia wywołanego pandemią jest bardzo wysoki. W Anglii takiego nastroju chyba nie było?
Na początku zupełnie nie. Tu był taki pomysł, żeby nie przejmować się całą sytuacją, grupowo się zarazić i nabyć odporność. Dopiero, gdy lawinowo zaczęło przybywać osób, dla których wirus okazał się śmiertelny, sytuacja się zmieniła.

W końcu zamknięto szkoły, ale dzieci pielęgniarek, lekarzy, policjantów nadal do nich chodzą. Dzieciaki nie siedzą z resztą w domach tylko latają po ulicach, jakby miały po prostu ferie.

d1qrmf1

Długo też nie bardzo się przejmowano osobami, które mogły mieć kontakt z wirusem. Znam kilka osób na kwarantannie, żadnej z nich nikt nie badał, nie ma też takiej sytuacji jak w Polsce, że ktoś puka i sprawdza czy te osoby faktycznie siedzą w domach. Choć w tej chwili sytuacja zmienia się tak szybko, że być może jutro angielskie realia będą wyglądały zupełnie inaczej. Tak jak zmieniła się sytuacja w sklepach.

To znaczy?
Już od kilkunastu dni ludzie robią zapasy, wykupują towary, ale jeszcze trzy dni temu, właściwie nie było problemu, żeby zrobić zakupy. Jeśli w moim sklepiku nie dostałam karmy, którą kupuję dla psa, to podjechałam do osiedlowego i była. I tak ze wszystkim. W tej chwili naprawdę zdarzają się absolutnie puste półki. Ludzie zapomnieli, że ich zapasy oznaczają, że ktoś inny nie zrobi zakupów.

Getty Images

Wprowadzono jakieś konkretne zmiany lub zakazy w sklepach?
Są wprowadzone limity, a w niektórych sklepach wyznaczono godziny dla pracowników szpitali oraz tylko dla seniorów. Poza tym do sklepów wpuszcza się tylko kilka osób, z danej rodziny może to być tylko jedna osoba, więc ja z moim partnerem nie wejdziemy razem na zakupy. Cześć sklepów w ogóle nie wpuszcza dzieci.

Mam nadzieję, że to tylko efekt nagłej paniki, wywołanej przez radykalną zmianę w podejściu do pandemii i zaraz wszystko wróci do względnej normy. Z drugiej strony może to ludzi w końcu przestraszy i zmusi, by mniej wychodzili z domu i rozsądniej podchodzili do swojego zdrowia. Bo w Anglii, nie jest jak w Polsce, że do lekarza idzie się z katarem. Tu ludzie w zimie chodzą w krótkich spodniach, dzieciaki zawsze są zasmarkane, ich stosunek do takich spraw jest znacznie luźniejszy. Ale to też oznacza, że więcej osób ma różne przewlekłe choroby, co zwiększa ryzyko, że więcej osób będzie umierać. Tym bardziej, że po wielu miesiącach typowo angielskiego deszczu, właśnie wyszło słońce. Dla ludzi tutaj to ogromna pokusa, by wreszcie wyjść z domu… Mam nadzieję, że jednak zachowamy rozsądek.

U nas jest podobnie. Wielu ładna pogoda kusi...
Zauważyłam, że na mojej ulicy są skrajności. Starszemu sąsiadowi syn przywozi zakupy i zostawia je pod drzwiami. Rozmawiają na odległość. A u kolejnego sąsiada codziennie jest kilkoro znajomych, korzystają z pogody i kąpią się w basenie.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

d1qrmf1

Podziel się opinią

Share

d1qrmf1

d1qrmf1