ycipk-4a6rz6

Polka sama w Azji. "Poczułam wolność, która śni się ludziom po nocach"

Poznała milionera, który był właścicielem linii lotniczych. Kiedy usłyszał, że jedzie stopem z Javy na Dżakartę, kupił jej bilet na samolot. Ale nie zawsze było tak miło. W rozmowie z WP Marta Andrzejewska z Wakacje.pl opowiada o doświadczeniach z samotnej podróży do Azji.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marta na wyspie Lombok
Marta na wyspie Lombok (Marta Andrzejewska)
ycipk-4a6rz6

Monika Sikorska: Sama pojechałaś do Azji. Fajnie, ale skąd ten pomysł? *
*
Marta Andrzejewska:
Sama, bo uważam, że podróżując w grupie nie spotkałabym tylu niesamowitych ludzi, ilu spotkałam i na pewno wiele by mnie ominęło. Myślę, że tracimy sporo kiedy podróżujemy z choćby jedną dodatkową osobą, a co dopiero z całą grupą osób. Poza tym nie znam nikogo, z kim wytrzymałabym tyle miesięcy. Wiedziałam, że jadę na dłuższy czas i to miała być raczej taka "moja” podróż. Podróżowanie samemu daje swobodę wyboru: robisz co chcesz, idziesz gdzie chcesz, jeśli chcesz zostać – zostajesz, choćby i na dwa tygodnie. Jeśli chcesz jechać dalej, to po prostu jedziesz.

Nie bałaś się?
Jakaś tam obawa zawsze jest gdzieś wewnątrz, ale raczej nie. Raczej jechałam z wiarą - z przekonaniem, że nic złego nie może mi się stać, że świat jest dobry.

ycipk-4a6rz6

Nie miałaś nawet obawy, że możesz czegoś nie znaleźć, albo że się zgubisz?
Nie, takiej to nie miałam. Prędzej bałam się sytuacji ekstremalnych, że ktoś mógłby mnie napaść, albo skrzywdzić, ale obawa, że się nie odnajdę była mi zupełnie obca. Przede wszystkim dlatego, że wcześniej już podróżowałam stopem po Europie, więc mniej więcej wiedziałam jak sobie radzić w terenie.

*Dlaczego akurat Azja i Bangkok na sam początek tej podróży? *
Nie ukrywam, że była to kwestia okazyjnego biletu, który akurat znalazłam, a Azja Południowo-Wschodnia, dlatego, że jest tam tanio i wiedziałam, że z moimi oszczędnościami uda mi się zostać trochę dłużej. Wiedziałam, że jest poniekąd łatwo, bo nie jest to Ameryka Południowa, która potrafi być skrajnie niebezpieczna dla dziewczyny podróżującej samej autostopem.

materiał własny
Podziel się
ycipk-4a6rz6

Poza tym nigdy jeszcze nie byłam na innym kontynencie i Azja była dla mnie wystarczająco tropikalna jak na pierwszy raz. Już było inaczej. Już było widać dosyć jaskrawy kontrast kulturowy, było to dla mnie coś nowego, a przy tym miałam świadomość, że jest to kierunek bezpieczny. Dużo czytałam przed wyjazdem, brałam udział w spotkaniach podróżniczych, więc nie było tak, że zapuściłam się w nieznany ląd zupełnie nic o nim nie wiedząc. Nie wybrałabym się też stopem do Afryki na sam początek.

Przed wyjazdem miałaś jakieś oczekiwania?
Na początku myślałam, że nigdy do Polski nie wrócę. Miałam tysiące oczekiwań. Myślałam, że wszystko się zmieni, że zacznę nagle magicznym sposobem wstawać wczesnym rankiem, że będzie świeża woda i owoce, codziennie joga, medytacja. A to tak nie jest, że zmieniamy środowisko i nagle wszystko inne też się zmienia. No nie.

Ale na pewno ten wyjazd ci coś dał?
Dał mi wiarę w to, że wszystko co sobie wymyślę, to osiągnę. Na pewno dał mi też wiarę w ludzi. Chyba wróciłam troszeczkę spokojniejsza. Poznałam mnóstwo ciekawych osób i zobaczyłam naprawdę wiele niesamowitych miejsc. Szybciej byłoby wymienić czego mi ten wyjazd nie dał.

ycipk-4a6rz6

*Przez jakie obszary się poruszałaś i jak zazwyczaj wyglądał twój transport? *
Moim ulubionym środkiem transportu jest autostop, jednak przez pierwszy miesiąc poruszałam się autobusami. Potem zrezygnowałam, zależało mi bardziej na odkrywaniu smaczków kulturowych, chciałam poznać bliżej tych ludzi. Dowiedzieć się czegoś o nich. Czasem poruszałam się samolotem np. z Malezji do Indonezji, autostopem przecież na wyspę nie dojadę, ale całą Malezję, Tajlandię, Laos, i Wietnam przejechałam autostopem.

Jechałam z myślą, że zacznę od Tajlandii, przez Birmę, Laos, Wietnam i skończę na Kambodży. Jednak w Kambodży uczyłam przez miesiąc angielskiego i było mi strasznie trudno zarówno fizycznie jak i psychicznie. Jest tam paskudna bieda. Oprócz dwóch miast nie ma nic, są pola z minami i wychudzonym bydłem.

Mieszkałam w naprawdę złych warunkach, zatrułam się jedzeniem i przez tydzień miałam bardzo wysoką gorączkę. Dlatego po Kambodży postanowiłam jechać do Malezji, żeby ustanowić jakiś kontrast dla tej sytuacji i znaleźć się w nieco bardziej cywilizowanym miejscu. Tam odetchnęłam na tropikalnej wyspie Langkawi, gdzie przez miesiąc pracowałam jako kelnerka. Z Malezji poleciałam do Indonezji, później przejechałam przez całą Tajlandię aż do Wietnamu.

ycipk-4a6rz6

Doświadczenie obcej kultury było dla ciebie...?
Ekscytujące. Tajlandia jest państwem, gdzie dominującą religią jest buddyzm. Ja też się troszeczkę oczytywałam w buddyzmie. Wszystko było nowe, zaskakujące. Zalała mnie fala smaków i kolorów, która na początku napawała podziwem, a później zaczęła nawet delikatnie nudzić. Na początku wszystko chciałam wiedzieć i o wszystko też dopytywałam, np. dlaczego koty mają pół ogona, a nie cały.

*Dlaczego? *
Po prostu mają tak już genetycznie, nikt im tych ogonów nie ucina. Co do niuansów kulturowych - czasem przyłapywałam się na tym, że myślałam sobie: "Co jest? Jestem w zupełnie innej części świata, a tak wiele rzeczy wygląda podobnie”. Kobiety gdzieś w górach w Birmie dbają o siebie, nakładają makijaż, biżuterię, chcą się podobać mężczyznom. A zatem te zachowania są całkiem sobie bliskie. To, co faktycznie różni Azję południowo-wschodnią, to zjawisko potocznie nazywane slow life.

ycipk-4a6rz6

I co się właściwie kryje za tym pojęciem?
Chodzi głównie o mentalność i podejście tych ludzi do życia. Poszłam np. do sklepu w Laosie, żeby zrobić drobne zakupy, a kobieta siedząca za kasą nawet nie wstała. Wręcz przeciwnie, była oburzona, że przerwałam jej drzemkę. Wyobraź sobie, że nie ruszyła się z krzesła, tylko nogą sięgnęła po to, co chciałam i była ogromnie zdumiona, że w ogóle coś od niej chcę. Oni się tam nie spieszą. Czego nie zrobią dzisiaj, to zrobią jutro. Tego akurat moglibyśmy się od nich uczyć - slowly, slowly- to jest hasło przewodnie Tajlandii.

Choć muszę przyznać, że zaczęło mnie to irytować po pewnym czasie. My w Europie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że funkcjonuje coś takiego jak rozkład autobusów, które jeżdżą w miarę punktualnie. Bywały dni, kiedy miałam ustalony czas podróży i wiedziałam, że muszę dostać się gdzieś tam autobusem o określonej godzinie. Odjazd był ustalony na 13 a autobus odjeżdżał o 17 i zanim odjechał to naładowali jeszcze ryżu i worów z jedzeniem. A jeszcze, jak siedziałam taka ściśnięta i myślałam, że no ni cholery, musimy już jechać, że nic więcej się już do tego autobusu nie da upchać, to jeszcze jakąś oponę na dach wrzucili, jeszcze jakąś rodzinę wcisnęli. Także to czasem przysparzało mi problemów.

*A ludzie? *
Tajlandia jest nazywana krajem uśmiechu, ludzie są tam szczęśliwi i mimo że żyją nawet i w najgorszej nędzy, są skłonni podzielić się ostatnią miską ryżu, przygarnąć, udzielić pomocy. Zostałam nawet zaproszona na wesele. To takie dziwne, kiedy człowiek, którego nie znasz puka do twoich drzwi i zostaje na trzy dni. Brałam udział w świętach muzułmańskich, gdzie jestem osobą z zupełnie innej kultury, a oni mnie przedstawiali rodzinom i pozwalali podglądać wydarzenia ze swojego prywatne życia, takie jak wesela, czy wszelkie święta. Co dziwne, nie przeszkadzało im to, a nawet czuli coś w rodzaju dumy i potrzeby, żeby się tą wiedzą podzielić.

*Mówiłaś wcześniej o kobietach. Jak wygląda ich obraz w tamtych stronach, jak są traktowane? *
Tajlandia jest krajem buddyjskim, więc tam wszystko wygląda całkiem przejrzyście. Natomiast Malezja jest o wiele ciekawszym kulturowo przypadkiem. Tam kobiety powinny nosić nakrycia głowy, choć przeważnie nie noszą. Mają ten wybór. Nie jest to tak restrykcyjne jak w innych państwach muzułmańskich. To jest ich wolny wybór. Faktycznie nie można się obnosić zbytnio z uczuciami. Są zasady, których się przestrzega i trzeba je uszanować. Lombok jest na pewno restrykcyjny, jeśli chodzi o islam i znajduje się tam sporo konserwatywnych wiosek.

Marta Andrzejewska
Podziel się

Jak w rzeczywistości wygląda tam stosunek mężczyzn do kobiet?
To zależy. W Malezji mężczyźni są uprzedzeni i mają pewne zdanie o turystkach z Europy. Trochę słusznie, trochę niesłusznie. Zobaczyłam swoje na różnych imprezach, ale jeśli ty pokażesz, że traktujesz siebie i ich z szacunkiem, to na pewno okażą ci to samo. Spałam w domu pełnym muzułmanów i nic złego mi się z ich strony nie przytrafiło.

Ale na swoim fanpage’u na Facebooku pisałaś, że molestowanie jest obecne na ulicach, że jednak poczułaś się dotknięta.
Tak to prawda, poczułam się molestowana kilka razy. Uważam, że z perspektywy tak długiego wyjazdu i tak miałam ogromnego farta. W każdym razie były sytuacje w których ktoś mnie zaczepiał na ulicy, dotykał, łapał za włosy – to się często zdarza. Kiedyś nawet w Kambodży, kiedy łapałam stopa, facet wysiadł z samochodu, zdjął przede mną majtki i zaczął się zabawiać. Jednak naprawdę upokorzona poczułam się tylko raz i to przez indonezyjskich policjantów, którzy nie chcieli mnie przepuścić na publiczną łódź. Wywiązała się głupia wymiana zdań typu: "Ja pomogę tobie, ty pomożesz mnie. Dam ci bilet, ale ty najpierw mi się odwdzięczysz". To mnie zabolało, ale tylko dlatego, że moim zdaniem mundur do czegoś zobowiązuje.

*Czy ta podróż dała ci poczucie spełnienia, tak jak oczekiwałaś? *
Zawsze marzyłam o tym, żeby kupić bilet w jedną stronę i zobaczyć, co się stanie. Jestem szczęściarą, naprawdę. Miałam okazję spełnić swoje największe marzenie. Poczuć prawdziwą wolność, kiedy w pewnym momencie zostałam zupełnie bez kasy. W Polsce wszyscy kończą studia, zakładają rodziny, robią kariery i to jest ich wymiar szczęścia. A ja zastanawiałam się: "co dalej?" Okazało się, że nie potrzebowałam pieniędzy żeby przeżyć. Kupiłam sobie namiot za ostatnie 200 dolarów i byłam zupełnie samowystarczalna. Poczułam wolność, która śni się ludziom po nocach i wiem, że już więcej wolności w wolności nie ma. Już więcej od życia nie można dostać.

*Na Facebooku pisałaś też, że byłaś w ośrodku buddyjskim. Jak tam jest? *
Polecam ten ośrodek każdemu, kto będzie się wybierał w okolice Tajlandii. Ja spędziłam w nim 10 dni. Mieszkałam z mnichami, dostałam swoją chatkę i zestaw białych ubrań. Obowiązuje tam absolutny zakaz palenia papierosów i picia alkoholu, a wieczorami nie można nawet rozmawiać z mężczyznami. Medytacja trwa ok. 10 godzin dziennie, czego ludzie faktycznie nie wytrzymywali i rezygnowali po 3 dniach. Zdarzało się, że ktoś przysypiał. Siedzi się i myśli o tym, żeby nie myśleć, a to naprawdę trudne.

*Co najbardziej zaskoczyło cię podczas podróży? *
Dla Europejczyków sposobem na przeżycie jest posiadanie karty kredytowej i samochodu, natomiast w Azji liczy się skuter. Widziałam całe rodziny na jednym skuterze, do którego była podpiętą garkuchnia i jeszcze pies. Tam większość ludzi utrzymuje się na ulicy, a cały swój dobytek podczepiają właśnie pod skuter.

Zniewagą jest dotknięcie głowy, a w szczególności głowy dziecka, co dla Europejczyków jest przecież naturalnym gestem. Dlatego tak trudno było mi tego nie robić. Nie można też kierować stóp w stronę posągu buddy. Muszą być skierowane w bok, lub do środka, inaczej świadczą o zniewadze.

Kolejna rzecz to składanie ofiar bóstwom. Oprócz jedzenia, wody, kwiatów i kadzideł można znaleźć w miejscu składania ofiar papierosy, coca colę, a nawet paczki chipsów. Nie można dotykać mnicha, siadać obok niego, a najlepiej nawet nie patrzeć w jego stronę. Dziś w prawdzie mnich staje się już bardziej świecką postacią. Widziałam choćby mnicha palącego papierosy i pijącego colę, chociaż głównie są bardzo ułożeni.

Tak jak W Europie jemy do piwka paluszki czy orzeszki solone, tak w Azji zostałam poczęstowana ślimakami wykopanymi z pola i z szacunku dla gospodarzy musiałam je po prostu zjeść. Jadłam też (do dzisiaj bardzo się brzydzę) azjatycki przysmak, czyli jajko z dojrzewającym w środku zarodkiem. Niestety dopiero po fakcie dowiedziałam co to było. Nauczyłam się, że "spicy" znaczy naprawdę "spicy" - obowiązuje tam zupełnie inny próg ostrości.

Poza tym nie spodziewałam się, że Azja jest tak zanieczyszczonym terenem. Mnóstwo tam śmieci. Nie dość, że zostawiają je ludzie lokalni, to jeszcze turyści. Natrafiłam na kilka projektów edukacyjnych, mających zmniejszyć problem zanieczyszczenia, bo niestety śmieci zalegają tam na ulicach. Oprócz tego są palone i strasznie szpecą piękny lokalny krajobraz.

Coś cię zawiodło?
Zawiodły mnie przede wszystkim atrakcje turystyczne i tłumy ludzi nagabujących do zakupu pamiątek w największych ośrodkach turystycznych.

Ale są chyba jakieś atrakcje turystyczne, które wspominasz wyjątkowo?
Tak, jest kilka takich historii. Jedna z nich jest związana z wejściem na wulkan Rinjani na wyspie Lombok. Koszt takiej atrakcji to 200 dolarów, a ja oczywiście takiej kwoty nie miałam. Chodziłam, pytałam, ale nikt nie chciał ze mną iść za mniejsze pieniądze. W końcu udało mi się wynegocjować wejście za 50 dolarów, z lokalnym mężczyzną, który miał na utrzymaniu rodzinę, więc nie pogardziłby i najdrobniejsza kwotą.

Weszliśmy na wulkan 3700 m. n.p.m. w jedną noc, podczas gdy cała wycieczka trwa trzy dni. Autentycznie. Płakałam idąc, ale weszłam. Nie miałam odpowiednich butów, miałam tylko japonki (adidasy ukradli mi kilka dni wcześniej). Pożyczyłam jakieś buty od właściciela kempingu, okleiłam je taśmą klejącą, bo były zepsute i weszłam. To było niesamowite przeżycie stanąć na szczycie, tym bardziej, że ten wulkan był jednym z moich celów podróżniczych. Szliśmy łącznie 16 godzin: 8 w górę i 8 w dół. Godzinę spędziliśmy na szczycie, żeby zobaczyć wschód słońca.

*A zdarzyło się, że zawiedli cię ludzie? *
Nie, raczej nie. Raz tylko oszukano mnie na 100 dolarów. Wypożyczyłam skuter, na którym się przewróciłam i zażądano ode mnie 250 dolarów, co było totalnie abstrakcyjną kwotą, tym bardziej, że skuterowi nic się nie stało. Zawiodła mnie też postawa innych podróżników, a w szczególności białych turystów z Europy, którzy okazują brak szacunku dla lokalnej kultury i ludzi, uważając się za lepszych.

Zawiodła mnie też pogoda w Wietnamie, która pokrzyżowała mi plany. Pech chciał, że znalazłam się w centrum tajfunu, który sprawił, że ogromna część miasta znalazła się pod wodą. Spałam akurat u pewnego Niemca przez couchsurfing i tam też miałam wszystkie swoje rzeczy: paszport, karty kredytowe, kamerę.

Tego samego dnia spotkałam w Wietnamie turystów, których wcześniej poznałam Laosie, spędziliśmy więc wspólny wieczór, wymieniając się wrażeniami z podróży. Niestety rano było już za dużo wody, żeby tam popłynąć. Dlatego też przez 5 kolejnych dni musiałam sobie poradzić bez pieniędzy i bez ubrań. Piątego dnia na szczęście odzyskałam swoje rzeczy, jednak była to moja najniebezpieczniejsza przygoda, bo gdybym nie odzyskała paszportu, nie wydostałabym się z Wietnamu.

Miewałaś momenty zwątpienia?
Czasem miałam takie momenty, np. w Laosie, które były dla mnie wykańczające. Poruszałam się tam tylko autostopem, a był to jeden z trudniejszych krajów dla autostopowiczów, ze względu na biedę i komunikację w języku angielskim. Wiele razy miałam tak, że wszystko się kumulowało.

Jednego dnia psy mnie chciały pogryźć (swoją drogą psy, to ogromny problem w Azji), potem coś poszło nie tak i jechałam na pace w deszczu, przemoczona do suchej nitki. Przemokły mi wszystkie książki, ubrania. Jeszcze coś się skumulowało, jeszcze coś nie poszło. Mrówka ugryzła mnie w oko i myślałam sobie: "Kurde - nie, ja wracam. Nie dam rady psychicznie". A później ktoś mi powiedział: "Jeszcze został ci Wietnam. Nie dasz rady?"

Wjechałam do Wietnamu mając tylko 10 dolarów. Kiedy nie miałam co jeść, proponowałam swoją pracę. Nigdy nie uważałam, że coś mi się należy, bo jestem białą turystką z Europy. Po Wietnamie nie miałam za bardzo gdzie jechać. Miała być Birma, jednak w ostateczności zrezygnowałam.

Później, jak już byłam w Polsce, okazało się, że był tam w tym czasie kolejny tajfun, którego prawdopodobnie bym nie przeżyła. Więc może coś mnie przed tym ustrzegło. Poza tym trwały tam potyczki polityczne w związku ze zmianą prezydentury. Może jestem odważna, może nie, ale nie jestem głupia. Nie chciałam się pchać tam, gdzie była niebezpieczna sytuacja. Nie musiałam nic już sobie udowadniać.

Chciałam od razu lecieć do Ameryki Południowej, ale postanowiłam wrócić najpierw do Polski, odłożyć trochę pieniędzy i spędzić czas z rodziną.

*Jak ci się udało uzbierać pieniądze na bilet powrotny? *
Pożyczyłam. Nie udało mi się uzbierać. Po porostu napisałam do kogoś mi bliskiego, że jest taka sytuacja, że chciałabym wrócić i potrzebuję pieniędzy na bilet. Kwestia biletu z Tajlandii do Niemiec to zaledwie 400 zł.

Pewnie uważasz, że podróżowanie jest dla każdego i wcale nie wymaga wielkiego nakładu finansowego?
Jak najbardziej. Jeśli chodzi o sam bilet w egzotyczne miejsce, to jest to kwestia tego, aby odpowiednio wcześniej go upolować. Z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem można kupić bilet do Tajlandii już za 400 zł w jedną stronę. Transport w Azji Południowo-Wschodniej jest on całkiem tani - z samego południa Tajlandii aż do północnej granicy z Birmą koszt autobusu to około 100 zł.

W moim przypadku koszty noclegów odpadły, kiedy kupiłam sobie namiot. Wtedy też zaczęły się dziać wszystkie magiczne rzeczy – ludzie zapraszali mnie do domów, a z niektórymi rodzinami spędzałam nawet kilka dni i później dalej ruszałam w drogę. W najgorszym wypadku pozwalano mi rozbić namiot w ogrodzie, co dawało spokój w kwestii poczucia bezpieczeństwa. Nigdy nie prosiłam nikogo o jedzenie, często ludzie sami mi je dawali gdy jeździłam autostopem.

Zjedzenie obiadu z kierowcą to rutyna, wręcz nie na miejscu byłoby odmówić. W najgorszym razie oferowałam swoją pracę za posiłek (zmywanie naczyń, promocja firmy na ulicy). No i wolontariaty. W dobie internetu podróżowanie niskobudżetowe jest naprawdę proste: workaway i Couchsurfing to portale z których korzystałam niemal w każdym państwie.

Jeśli ktoś myśli o tym, żeby zrobić coś szalonego, to niech się zbyt długo nie zastanawia, tylko kupuje bilet i leci! Ludzie są naprawdę uprzejmi. W trakcie podróży poznałam nawet milionera, który okazał się być właścicielem indonezyjskich linii lotniczych i kiedy usłyszał, że jadę stopem z Javy na Dżakartę, postanowił kupić mi bilet lotniczy. Jeśli już postanawia się podjąć ryzyko, to droga sama wszystko przyniesie. Zaopiekuje się tobą, jeśli się jej poświęcisz.

*Masz już wyznaczony kolejny cel podróży? *
Moim następnym celem podróżniczym jest Ameryka Centralna i Południowa. Chciałabym zacząć od Meksyku, przez Panamę, Kostarykę, aż do Argentyny. Na sam koniec zostawiam sobie Afrykę.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz, co to jest Couchsurfing i Airbnb:

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-4a6rz6

ycipk-4a6rz6
ycipk-4a6rz6