Trwa ładowanie...
d137hg7

Rafał Maza – podróżowanie i pomaganie

„Wiele instytucji dyskretnie dawało mi do zrozumienia, gdzie są drzwi. Banki wyraźnie oznajmiły, że nie są zainteresowane swoją promocją w Afryce. A ja się zastanawiałem: jaka promocja? Tu chodzi o pomoc” – mówi Rafał Maza, „Travelfan”, wielbiciel podróży, fotograf i twórca filmów podróżniczych. Swoimi działaniami przekonuje, że każdy wyjazd może stać się okazją do zrobienia czegoś dobrego. Z tego powodu docenił go m.in. serwis Wakacje.pl, który w konkursie zorganizowanym z okazji 15-lecia istnienia serwisu nagrodził podróżnika bonem w wysokości 20 tys. zł.
Share
Rafał Maza – podróżowanie i pomaganie
Źródło: Facebook.com, Fot: Rafał Maza
d137hg7

Jak pan wpadł na pomysł, by podróżując, pomagać?
Do pomocy podczas podróżowania dorastałem. Zaczynałem od zwiedzania Europy. Zazwyczaj widziałem uśmiechnięte, zadowolone twarze naszych turystów. Pozując do fotek pod palmamii, zdawali się wołać; jacy są szczęśliwi, jacy zadowoleni, jak to im się wspaniale wiedzie, że wakacje mogą spędzić poza własnym krajem. Wszystko wkoło było kolorowe, lukrowane. Wraz z innymi turystami żyłem sobie nieświadomie na pięknej „planecie Wakacje”.

Co się zmieniło?
Przemiana nastąpiła podczas pierwszego wyjazdu do egzotycznego kraju, gdy patrząc na ciężko pracujących, żyjących czasem w skandalicznych warunkach miejscowych, nagle uświadomiłem sobie, że zarówno Europa, jak i cały syty zachodni świat żyje kosztem reszty ludzkości. Od tamtego czasu nieco inaczej zacząłem patrzeć na znane światowe marki, często zarabiające olbrzymie fortuny kosztem rzeszy mizernie opłacanych pracowników.
Gdy w kolejnym sezonie nadarzyła się okazja wyjazdu do tzw. Czarnej Afryki, zrozumiałem, że nie chcę traktować tego przedmiotowo, jak zwykłej wycieczki. Nie chciałem kreować się na kogoś, kogo stać na daleki wyjazd, pozować do fotek z plastikowym uśmiechem, oznajmiającym światu, że jestem wybrańcem, bo mogę sobie pozwolić na wakacje. Moja pierwsza akcja była także wypadkową mojego niezadowolenia z ówczesnych „ludzi władzy”, którzy w oderwaniu od społeczeństwa myślą jedynie o słupkach rankingów, mało co robiąc pro publico bono. Chciałem pokazać, że zwykli ludzie „znikąd” potrafią wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić coś bezinteresownie dla innych.

I co pan postanowił?
Akurat byłem po przeczytaniu wypowiedzi afrykańskiej noblistki, która apelowała do międzynarodowej społeczności, że oni nie chcą, aby przywozić im karabiny, a raczej długopisy. Ja odczytałem ten apel dosłownie, zdając sobie sprawę, jak ważna w życiu człowieka jest edukacja. Tylko świadomi ludzie są w stanie wziąć sprawy w swoje ręce. Edukacja jest pośrednio przyczyną prosperity społeczeństwa. Wyedukowane, stawiające na innowacje narody mogą efektywniej stanowić o sobie. O tym wszystkim napisałem w odezwie, którą zamieściłem na mojej stronie internetowej (www.travel-fan.eu, zakładka 4Africa) oraz zawiozłem wraz z darami do Afryki. Bardzo chciałbym uczynić świat lepszym.

    Facebook.com
Źródło: Facebook.com, Fot: Rafał Maza

*Jak pan pozyskał środki na pomoc Afryce? *
Jak już wspomniałem, byłem „znikąd”, więc pozyskanie czegokolwiek nie było sprawą łatwą. Wiele instytucji dyskretnie dawało mi do zrozumienia, gdzie są drzwi. Banki wyraźnie oznajmiły, że nie są zainteresowane swoją promocją w Afryce (jaka promocja? To miała być pomoc), inne – że może jakoś mnie wesprą, ale musiałbym najpierw zorganizować wypchaną ludźmi salę i jak sprzedadzą polisy, to może wtedy coś mi dorzucą. Nie chciałem babrać się w tym błocie, bo tak nie powinna wyglądać pomoc.
Przełomem była rozmowa z kolegą, który jako nauczyciel zadeklarował, że przeprowadzi akcję w szkole. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Dzieciaki nie zawiodły. Po spotkaniu z uczniami musiałem pod szkołę wrócić samochodem.
Wtedy pojawił się kolejny problem. Miałem bowiem dary, ale nie stać mnie było na zapłacenie nadbagażu. Dobro potrafi jednak wrócić ze zwielokrotnioną siłą. Jako, że do mojego odlotu do Afryki dzieliły mnie tylko godziny, nie bardzo wiedziałem, co zrobić z owym niespodziewanym nadmiarem szczęścia. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi pewien znany polski touroperator. Obserwując akcję na Facebooku, będąc pod wrażeniem mojej desperacji, zadzwonił do mnie ktoś decyzyjny, oświadczając, że nadbagaż wezmą na siebie.

d137hg7

Dalej poszło już gładko?
Skądże. Przeszło tydzień zajęło mi znalezienie właściwej szkoły. W przypadku Afryki „wujek Google” nie zawsze wskaże gotową receptę. Te najbiedniejsze szkoły pozbawione są prądu. Internet to dla nich czysta fantastyka. Ciężka torba wędrowała zatem ze mną codziennie w różne zakątki. Uczulony, że nagle mogłoby się znaleźć wielu oszustów, łasych na przejęcie i spieniężenie darów, chciałem, aby trafiły one do naprawdę bardzo potrzebujących.
Po wielu dniach poszukiwań zgadałem się z pewnym „przewodnikiem”, który podpowiedział mi właściwe miejsce. Placówka była faktycznie bardzo biedna. Do szkoły uczęszczały dzieci, których rodziców nie było stać na jakąkolwiek inną edukację. Dzieci uczyły się w rozgrzanym przez słońce blaszanym baraku. Stojące obok murowane budynki szkoły wynajęte były przez lokalne władze na warsztaty rzemieślnicze.

Jakie wrażenie zrobił na panu ten widok?
W pamięci utkwił mi widok dziewczynki, która dzierżyła z sobą zawiniątko z niemowlęciem. Jej mama dała jej ultimatum, że jeśli chce się uczyć, musi opiekować się młodszym bratem. Na próżno tu wołać o komitety obrony praw człowieka. Moje obiekcje szybko zostały spuentowane przez tamtejszego nauczyciela informacją „This is Africa!”.
Poznany dyrektor szkoły ze łzami w oczach oświadczył, że przywiezione przeze mnie dary starczą jego placówce na pół roku działalności dydaktycznej. Wszystko można obejrzeć w moim filmie „Afrykańska szkoła w Bakau” na kanale YouTube TravelfanPL.

*Uważa pan, że podróżując, naprawdę można komuś pomóc? Czy takie doraźne metody nie są tylko sposobem na zyskanie dobrego PR-u? *
Oczywiście, najlepsza byłaby pomoc ustawiczna i systemowa. Podczas moich podróży nie zawsze trafiam do miejsc, gdzie warto przekazać jakąś pomoc. Nie wybieram destynacji wyłącznie z nastawieniem pomocowym. Chciałem po prostu zapalić lampkę, dać informację innym, że jak się chce, to można.
Osoby decyzyjne w Europie powinny zrozumieć. Wspierając edukację w Afryce, wspiera się rozwój tamtejszego społeczeństwa. Mając fach w ręku, rozwijając się intelektualnie, ludzie trudniej ulegają manipulacjom. Kończąc szkoły, tamtejsi fachowcy chętnie będą wspierać lokalne inicjatywy, przyczyniając się do polepszenia sytuacji swojej społeczności. Ludzie poczują swoją wartość.

d137hg7

Nie jest pan z tych, którzy "rzucili wszystko i ruszyli w podróż życia". Wciąż pan pracuje zawodowo.
Podziwiam tych, co są w stanie rzucić wszystko i wyjechać, nie planując terminu powrotu. Póki co, jestem trochę asekuracyjny. Na razie rozwijam się jako twórca filmów. Może ktoś zauważy drzemiący we mnie potencjał (śmiech). Przypomina mi się historia pewnego znanego podróżnika, który jakoby sprzedał lodówkę, ruszył w świat, spełniając swoje marzenia, i tak mu się wszystko ładnie poukładało, że może z tego żyć. Widać, kiedyś lodówki były bardziej w cenie. A może sama lodówka to tylko taki symbol, że chcieć to móc.
Chętnie pasję podróżowania pogodziłbym z możliwością zarabiania. Na co dzień pomagam ludziom biednym, zagubionym, chorym. Zajmuję się ich terapią. Praca ta, choć trudna, nie jest doceniana.

Jak, mimo obowiązków zawodowych, znajduje pan czas i energię, by planować kolejne wyprawy, a po nich montować filmy itd.?
Stworzenie dobrego filmu z komentarzem, jego edycja zajmuje mi nawet ponad tysiąc godzin pracy. Zatem czas wolny po pracy zwykle mam zorganizowany. Odstępy między kolejnymi wyjazdami muszą być więc na tyle długie, aby udało się wszystko ogarnąć. Zwykle wszystko lub prawie wszystko tworzę sam. Póki co, nie znalazłem jeszcze nikogo, kto zaproponowałby podział obowiązków, chcąc mnie nieco odciążyć w zmaganiach związanych z tworzeniem kolejnych projektów. Niedawno jednak docenił mnie YouTube, włączając mój kanał do programu partnerskiego.

    Facebook.com
Źródło: Facebook.com, Fot: Rafał Maza

Po co pan to wszstko robi?
Ktoś kiedyś powiedział, że podróżuje się, aby żyć. Podróżuję od piątego roku życia. Jest to zatem dla mnie bardzo naturalne – jak oddychanie, czy jedzenie. Nadzieja na kolejną przygodę, na poznanie nieznanego mi dotąd skrawka ziemi daje mi ogromną energię. Poza tym podróże bardzo mnie rozwijają intelektualnie. Podróżując, człowiek uczy się różnych zachowań, staje się bardziej społeczny, rozwija się w nim tolerancja, otwartość oraz komunikatywność. Nawet tysiąc przeczytanych książek, godziny obejrzanych filmów, nie zastąpią choćby jednego krótkiego wyjazdu i osobistego doświadczenia w realu.

d137hg7

Co powiedziałby pan osobom, które nie podróżują, bo twierdzą, że nie mogą sobie na to pozwolić ze względu na obowiązki zawodowe lub finanse?
Bzdury. Wszystko zależy od odpowiedniego nastawienia i ustalenia życiowych priorytetów. Europejskie destynacje można już osiągnąć za bardzo niewygórowane kwoty. Kto nie lubi indywidualnych eskapad, zawsze może skorzystać z licznych promocyjnych ofert biur podróży.
Oszczędzając co miesiąc tylko 100 zł, już po roku można sobie pozwolić choćby na najskromniejszy wyjazd. Co roku w moich podróżach towarzyszą mi osoby z bardzo niewielkim budżetem. Na swoje marzenia wszyscy ambitnie oszczędzamy. Wystarczy tylko żyć z rozmysłem. Rezygnacja z kolejnego tabletu czy najnowszego smartfona, kupowanie sprzętu AGD dopiero, gdy stary się zużyje, odpuszczenie sobie zapychających szafę ubrań (bo akurat mieliśmy chandrę i musieliśmy coś kupić), ograniczenie różnych opłat i abonamentów (gdzie z większości opcji i tak nie korzystamy), nieuleganie złudnym promocjom towarów akurat nam niepotrzebnych, wreszcie walka z nałogami – to wszystko sprawi, że w naszym budżecie na pewno znajdziemy wystarczająco oszczędności. Naprawdę nawet w dalekie, egzotyczne podróże nie jeżdżą wyłącznie zadufani w sobie korporacyjni uczestnicy wyścigów szczurów!
Na moich szlakach poznaję podróżujących nauczycieli, pielęgniarki, bibliotekarki, czasem nawet kasjerki z supermarketów. Nie bacząc na wyrzeczenia realizują swoje podróżnicze marzenia. Chcieć to móc.

Jakie miejsca poleciłby pan na „podróż życia”?
Mój wypoczynek to ciągłe przemieszczanie się w celu lepszego poznawania świata. Im bardziej intensywny wyjazd, tym lepiej, choć czasem nie pogardzę także 1-2 dniowym resetem w przerwie miedzy bardziej intensywnymi częściami trasy. Dla „dobra nauki” nie stronię też od wakacyjnych kurortów, gdzie poza sporą bazą noclegową można poznać tamtejsze atrakcje. Tak było w wypadku meksykańskiego Acapulco (słynne skoki ze skały La Quebrada) czy tajskiej Pattayi (osławiona Walking Street). Te miejsca koniecznie należy wpisać na swojej mapie podróżniczych „must see”.
Zakładając, że podróż życia musi być koniecznie daleka, obowiązkowo egzotyczna, z masą miło wspominanych przygód i koniecznie zimą, wszystkim zaczynającym egzotyczną przygodę z pewnością poleciłbym Tajlandię. Nawet na nasze warunki jest tam względnie tanio. „Kraina miliona uśmiechów” może się poszczycić doskonałą infrastrukturą turystyczną, rozbudowanym sektorem wszelkich usług, bogatą kulturą duchową i materialną, egzotyczną przyrodą, a także przepyszną kuchnią. Jest to kraj spokojny, bezpieczny i raczej przewidywalny, a na dodatek spełniający zachodnie standardy. Raczej rzadko komu zdarza się wracać stamtąd bankrutem. (śmiech)
Dla bardziej zaawansowanych wyjazdowo, znających smak podróży, którzy równie dobrze radzą sobie, nocując pod namiotem na indyjskiej pustyni Thar, czy też „męcząc się” w luksusie dubajskiego hotelu Burdż al-Arab, równie dobrym pomysłem może być australijski interior, wizyta u ludu Himba, czy wyjazd na Antarktydę. Tu nie ma górnego limitu, podróż życia może ograniczyć jedynie nasza wyobraźnia.

Gdzie się pan wybiera w najbliższym czasie?
Już niebawem, pod koniec lutego wybywam na Sri Lankę. Zasadniczo wyjazd planowany był pod kątem kolejnej akcji pomocy. Słyszałem, że jest tam wiele bardzo biednych szkół, które chętnie przyjęłyby materialne wsparcie.
Choć moja akcja ruszyła pełną parą już wiele miesięcy temu, proza życia skorygowała moje poczynania. Wiele osób gotowych było mnie wesprzeć tu na miejscu, organizując dary, wspierając merytorycznie. Niestety, ci co mieli mi towarzyszyć na miejscu, tym razem nie stanęli na wysokości zadania. Część towarzyszy podróży „zapomniała” o akcji. Zniechęcił mnie też touroperator, informując mnie, że nie widzi możliwości przeprowadzenia akcji i znalezienia szkoły.
Póki co, nie poddaję się i na pewno zawiozę coś dzieciakom. Tym razem będzie to jednak wsparcie bardzo okrojone. Wiele osób trzyma tu za mnie kciuki, dzielnie wspierając moje pomysły.

d137hg7

Podziel się opinią

Share
d137hg7
d137hg7