WP

Duchy Muztagh-Ata - najłatwiejszy siedmiotysięcznik?

Są góry, które podobnie jak ludzie mają przypięte „łatki”. Bywają więc góry fatalne (Nanga Parbat), okrutne (K-2), magiczne, święte, legendarne itd. Bywa, że takie przydomki są uzasadnione, czasem częściowo ocierają się o prawdę, a bywa i tak, że są wręcz niesprawiedliwe.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Duchy Muztagh-Ata - najłatwiejszy siedmiotysięcznik?
(flickr.com by The Real Kvass License CC)
WP

Tak pewno jest z Muztagh-Ata (7546 m n.p.m) we wschodnim Pamirze, który bywa nazywany, chyba trochę niesłusznie i jednak zbyt pochopnie, „najłatwiejszym siedmiotysięcznikiem świata”.

Fakt faktem – wspinaczka na Muztagh-Ata nie jest trudna technicznie, ale nie znaczy, że jest łatwa. Góra jest naprawdę wielka, wysoka i uczy pokory. Jej zaletami, dzięki którym staje się w ostatnich latach coraz bardziej popularna, są: stosunkowo łatwy dostęp, niewielkie trudności techniczne i relatywnie niskie koszty organizacji wyprawy. Dla wielu kusząca jest możliwość zjazdu na nartach z wierzchołka.

Zaciekawieni relacjami kolegów, którzy atakowali górę rok temu postanowiliśmy sami przekonać się, jak nas przyjmie „Ojciec Gór Ubranych w Lód” – bo tak tłumaczy się nazwę szczytu z języka tureckiego – i jak poradzimy sobie z wysokością.

WP

Żywa magia Pamiru
Jest niepokojąco cicho i pusto, poranny przenikliwy chłód i wiatr odeszły gdzieś w dal. Teraz jest tylko znój, krótki oddech i mozolne przesuwanie rakiet śnieżnych do góry. Wszędzie wokół otacza nas jaskrawa, świdrująca mózg i kłująca w oczy biel. Niebo nad nami jest pogodne i przyjazne, za to pod nami kłębi się gęste morze chmur, co jeszcze bardziej potęguje poczucie oderwania od świata. Gdzieniegdzie spośród gęstej powłoki chmur strzelają pojedyncze, rosnące i niknące w oczach cumulusy. Słońce pieści twarze i wysusza wargi, które bez przerwy trzeba smarować kremem.

Idziemy razem, a jednocześnie każdy samotnie. Niewiele słów, ważniejsze są gesty i spojrzenia, przecież wszystko jest jasne – trzeba iść do góry. Czas płynie niezauważalnie i leniwie, a jednak czujemy, że kurczy się, umyka. Wiemy dobrze, że jeżeli chcemy wejść na szczyt i bezpiecznie za dnia zejść do „trójki”, musimy iść dalej, nie pozwalając sobie na zbyt długie odpoczynki.

Kopuła szczytowa wypłaszcza się, wokół jest coraz więcej przestrzeni. Z prawej strony ukazują się nawisy nad wielką, schowaną w chmurach depresją lodowca Kartamak. Wtem pole śnieżne nad nami ożywia ciemny punkt, przesuwając się szybko w dół. Po kilku chwilach punkt ten staje się kolorowy i przybiera kształty narciarza. Stajemy zafascynowani i gapimy się zazdrośnie – to jeden z sympatycznych Francuzów, który wszedł na nartach na szczyt przed nami. On ma już z głowy, pędzi w dół wolny i szczęśliwy. Przystaje zdyszany obok nas, jego uśmiech wystarcza za wszystkie słowa. „Jeszcze dziesięć minut do pico, amigos!” (rozmawialiśmy wczoraj po hiszpańsku). Macha ręką i rusza w dół. Zostajemy znów sami, lecz informacja o dziesięciu minutach mobilizuje do akcji.

Pojawiają się pierwsze skałki – chyba naprawdę już blisko. Jednak te „dziesięć minut” okazuje się być o wiele dłuższe i dopiero teraz dociera do nas, że dziesięć minut to on zjeżdżał ze szczytu. Wreszcie na horyzoncie widać coś, co musi być wierzchołkiem: wystające ze śniegów skały przyozdabiają kolorowe punkciki chorągiewek. Chciałoby się przyśpieszyć, jak najszybciej dotknąć kamieni, już tam być. Niestety nijak się nie da. Wysokość ma swoje prawa, każda próba zwiększenia tempa kończy się rybim dyszeniem.

WP

Pod samym wierzchołkiem zrzucamy plecaki i czekamy na Agę. Chcemy na piku być razem. Wreszcie na lekkim załamaniu stoku pojawia się samotna figurka. Czekamy niecierpliwie, nie bardzo wierząc, że góra jest już nasza. Jakie to głupie – nasza? To my już należymy do niej, to góra tu rządzi i dziś postanowiła być dla nas łaskawa. Nie wytrzymujemy. Pełni wyciszonego zachwytu zaczynamy nieśmiało zwiedzać rozległy wierzchołek, kontemplujemy nieziemski świat wokół. Fotografujemy jak szaleni. Aga jest już blisko, dochodzi do nas i już razem z wielką ulgą i rosnącą radością siadamy na skałach szczytowych. Marzenie się spełniło!

Trudno uwierzyć, że to ponad 7500 metrów, wszyscy czworo pobiliśmy właśnie nasz życiowy rekord wysokości. Ulga i spełnienie, chce się tu być jak najdłużej… Na wierzchołku łopoczą buddyjskie flagi modlitewne i postrzępione przez wiatr proporczyki poprzedników. Ktoś przyczepił do wbitego w śnieg kijka dwa turkusiki i maleńki srebrny dzwoneczek. Dar dla góry, na dobrą wróżbę, na dobrą karmę! Wkładam do kieszeni kilka kamyków ze szczytu.Tuż obok wynurza się zza chmur groźny i niedostępny Kongur-Shan 7719 m, a gdzieś dalej na zachodzie niekończące się ośnieżone grzbiety Pamiru. Jeszcze ostatnie spojrzenie z wierzchołka i czas już schodzić.

Z każdym metrem czujemy się jakby lżejsi i bogatsi w tlen. Idziemy prosto w dół, w stronę słońca. Już bez nużących zakosów, aby szybciej do dalekiego stąd obozu. Nagle, na tle błękitnego czystego nieba widzę świetlistą przesuwającą się kolumnę. W jej wnętrzu wirują kryształki lodu. Jest zjawiskowa! Wydaje się, że żyje. Widzę coś takiego pierwszy raz w życiu! A przecież włóczę się po wysokich górach od tylu lat. Nie mogę uwierzyć własnym oczom – mam omamy? Pomieszało mi się coś w głowie od wysokości? Czuje się świetnie i jestem przytomny, więc… Zafascynowany patrzę na to wyjątkowe zjawisko, nie umiem i chyba nie chcę sobie tego wyjaśnić – może to duch góry?

„Widzicie to co ja?” – wołam do przyjaciół z nadzieją, że potwierdzą. Jeżeli zaprzeczą to znaczy, że ze mną źle i widzę to, czego nie widać. Obracam się do nich – stoją tak jak ja, w niemym zachwycie i potwierdzają! Andrzej przytomnie robi zdjęcie (jest!!!). Czujemy się wyróżnieni i obdarowani przez górę niesamowitym, magicznym zjawiskiem. Wspomnienie tej chwili pewnie każdy z nas zachowa dla siebie na zawsze. Mniej lub bardziej racjonalnie, ale jako nagrodę i dar. Ja – na pewno!

WP

Proza Zdobywania
Tak naprawdę zdobywanie każdej wielkiej góry może wydawać się działaniem dosyć nudnym – piszę to nieco przewrotnie! Na pewno zaś można określić takie zadanie jako mozolne. W sumie sprowadza się do ciągłego chodzenia w górę i w dół z ciężkim plecakiem, w celu uzyskiwania aklimatyzacji oraz zakładania i zaopatrywania kolejnych obozów. Do tego jeszcze dochodzi stały niepokój o stan ciała i ducha oraz permanentne obawy o pogodę. Życie sprowadza się niby do prostych pragnień i czynności: dojść do celu, zabezpieczyć nocleg, coś ugotować, zjeść i napić się do woli, może jeszcze poczytać lub pogadać i – spać. I tak było także tym razem na Muztagh-Ata.

Czy to wszystko? Nie! Każdy dzień, chociaż z pozoru podobny do poprzedniego, był inny i niepowtarzalny, niósł ze sobą nowe odkrycia, przygody, myśli i przestrzenie. Człowiek wtapia się coraz bardziej w nowe niegościnne otoczenie, lekko opętany myślami o celu, o szczycie i kolejnym spełnieniu. Sprawy na dole nabierają innych znaczeń i wymiarów. Jest tylko to, co wokół – tak po prostu i bez wielkiego patosu. To trzeba po prostu lubić!

Po dwunastu dniach akcji górskiej czworo z nas znalazło się na szczycie. Po naszym zejściu góra przestała być przyjazna. Nawiedzały nas kolejne ataki złej pogody, opady śniegu i gradu, wiatr. Sierpień był coraz bardziej kapryśny i nieprzewidywalny. Trudno było uwierzyć, że gdzieś tam na dole jest lato.

W czasie ataku założyliśmy trzy obozy (I – 5300; II – 6200; III – 6800 m n.p.m.), poznawaliśmy topografię góry, odkrywaliśmy nowy dla nas świat. Znów poznawaliśmy siebie nawzajem i siebie samych. Spieraliśmy się o taktykę, gadaliśmy po nocy o górach i wspominaliśmy, jak na każdej dalekiej wyprawie, najukochańsze i najbliższe sercu Tatry. Polubiliśmy też naszą górę, naszych chińskich kucharzy, Ujgurów, Kirgizów i odwiedzające bazę baktriany. Uganialiśmy się z aparatami za bezczelnymi, żyjącymi wokół bazy świstakami i płochliwymi królikami. W tym czasie Joanna i Beata z naszej trekkingowej grupy wsparcia wraz z przewodnikiem Elim i wielbłądzicą Zenobią obeszły wokół dzikimi okolicami cały masyw Muztagh-Aty.

WP

Nie było dramatów i „strasznych” przygód, po prostu – kolejna fajna górska historia, siedmiotysięczny fakt z życia. I warto było nie tylko dla „duchów” pod szczytem. A dowodem na to są zrodzone na Muztagh-Ata plany kolejnych wypraw.

Co nieco o szczycie...
Muztagh-Ata wznosi się w północno-zachodnich Chinach w autonomicznym regionie Sinciang- Ujgur (Xinjiang), we wschodniej części Pamiru, zwanego Pamirem Chińskim. Ta część nazywana jest górami Kashgaru, zwanymi również od ich najwyższego ich szczytu Kongur Muztagh (7719 m n.p.m.). Według innych podziałów fizyczno-geograficznych góry te zaliczane są do pasma Kunlun, tworząc wielką lodową barierę oddzielającą Pamir od największej pustyni Azji Centralnej – tajemniczej pustyni Taklamakan. To najbardziej wysunięta na wschód część Pamiru.

Masyw powstał w czasie orogenezy hercyńskiej i kimeryjskiej, ostatecznie został uformowany (wyniesiony i dyslokowany) podczas orogenezy alpejskiej. Szczyt ma charakter wielkiego, tektonicznego zrębu opadającego łagodnie na zachód w kierunku doliny Subashi, którą ze wschodu na zachód przecina słynna *Karakorum Highway *(Kashgar-Tashkurgan, czyli pakistański Gilgit).

W samym środku rozległego zachodniego zbocza Muztagh-Ata znajduje się ogromna głęboko wcięta tektoniczna dolina wypełniona lodem, którym „karmi się” schodzący do podnóży góry lodowiec Kartamak. Po lewej i prawej stronie doliny prowadzą dwie klasyczne drogi na szczyt – nazywane północną i południową (lub po prostu starą i nową). Każdy ze szlaków ma swoje tradycyjnie usytuowane bazy. Bardziej popularna jest starsza droga (północna). Wspinaczka tą drogą jest technicznie prosta, najbardziej trzeba uważać na odcinku prowadzącym przez Icefall (na wysokości 5500-6100 m) oraz na niebezpieczeństwa związane ze szczelinami lodowymi. Nowa droga zwana również południową uchodzi za lepszą dla narciarzy (pola śnieżno-lodowe sięgają na niej prawie do samej bazy). Trasa ta jest nieco dłuższa, a jej zaletą jest mniejsza ilość szczelin lodowych i mniejsza liczba wspinaczy. Trzeba jednak zwracać większą uwagę na szukanie drogi. W 2003 roku trójka Amerykanów wytyczyła nową drogę po drugiej stronie góry. Nazwali ją Złote
Oko (Golden Eye). Szlak nadaje się do zjazdów na nartach lub na desce bez konieczności wiązania się liną.

WP

A tak się zaczęło
Co roku około 400 wspinaczy z całego świata odwiedza rejon Muztagh-Ata, z czego do 60% osiąga wierzchołek. Największym zagrożeniem na górze jest nieprzewidywalna pogoda z częstymi wielkimi opadami śniegu, wiatr, mgła i przede wszystkim duża wysokość. Jak każda wysoka góra Muztagh-Ata ma też swoje ofiary. Najczęstszymi przyczynami wypadków śmiertelnych są zabłądzenia, zaginięcia oraz wypadki związane z chorobą wysokościową i brakiem aklimatyzacji. Pierwszymi eksploratorami góry byli Sven Hedin w 1894 roku i Aurel Stein (1862-1943) w 1900 roku. W 1947 Shipton, Tilman i Szerpa Gyalzen Norbu doszli po stokach kopuły lodowej do punktu położonego 100 m poniżej szczytu. Ostatecznie w 1956 roku na szczyt weszło kilkunastu członków wyprawy chińsko-radzieckiej kierowanej przez Bieleckiego i Kuzmina.

Treking wokół Muztagh-Ata
Alternatywą dla wspinaczki na szczyt może być trekking wokół Muztagh-Ata. Z pomocą lokalnego przewodnika oraz wielbłąda, który niesie bagaż wyprawy, wędruje się 11 dni przez dzikie i rzadko odwiedzane tereny, przekraczając trzy niemal pięciotysięczne przełęcze, rwące potoki i podziwiając z coraz to innej perspektywy Musagh-Ata, Kongur i inne szczyty, spotykając nielicznych Kirgizów i wiele stad jaków, kóz i owiec. Trekking jest średnio trudny, widoki wspaniale, bardzo gościnni tubylcy, brak turystów. Warto!

_ _Tekst: Wojciech Lewandowski

Polub WP Turystyka
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP