Trwa ładowanie...
d15v6e2

Jako pierwszy w historii przepłynął wpław Bałtyk. Sebastian Karaś – Polak, który na co dzień więcej pływa niż chodzi

Spędził 28 godz. i 30 min w wodzie. Żywił się wołowiną podawaną na specjalnym kiju. Obawiał się ciemności. W najgorszych chwilach myślał jednak o tym, że płynie "drużynowo", bo rekord pobił nie tylko dla siebie, ale również dla chorych dzieciaków – Jasia i Magdy. W rozmowie z 26-latek z Elbląga WP przyznaje, że pokonać trasę z Kołobrzegu na Bornholm nie było łatwo. Jednak satysfakcja z realizacji zadania wynagradza wszelkie niedogodności.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Sebastian Karaś jako pierwszy człowiek w historii przepłynął 100 km wpław przez Bałtyk
Sebastian Karaś jako pierwszy człowiek w historii przepłynął 100 km wpław przez Bałtyk (Facebook.com, Fot: Sebastian Karaś - 100 km wpław przez Bałtyk)
d15v6e2

WP: Jak się czujesz po ustanowieniu historycznego rekordu?
Sebastian Karaś: Czuję się świetnie, cały czas myślę o tym, czego dokonałem, ale dociera to do mnie stopniowo. Wciąż jestem w emocjach, endorfinach, z godziny na godziny wierzę w to coraz bardziej. Pierwszy raz poczułem się jak sportowcy, którzy na igrzyskach olimpijskich zdobywają złote medale i mówią, że nie mogą w to uwierzyć. Do mnie też to nie od razu dotarło. Ale dziś, po kilku dniach, mogę się już naprawdę cieszyć, że się udało, że wytrzymałem tyle godzin na morzu. I zastanawiam się, co będzie dalej! 19 lat trenowałem pływanie i nie wiem: czy to już koniec? Czy coś jeszcze przede mną?

Póki co jednak odpoczywam, jestem w Ustce i mam plan, żeby pójść na basen.

Serio? Kilka dni temu przepłynąłeś ponad 100 km z Kołobrzegu na Bornholm. Jeszcze ci mało?
(śmiech) Tym razem zamierzam pójść na basen rekreacyjnie, nie na trening; skorzystać z jacuzzi, sauny. Rzadko mi się to zdarza, może raz w roku. To dziwne uczucie, bo ostatnie miesiące poświęciłem na treningi właśnie.

To musiała być niezła harówka.
Przygotowania to była niewyobrażalnie ciężka i bardzo monotonna praca, którą mało kto chciałby przechodzić. Czasami siedziałem po 10 godzin w basenie, wchodziłem do wody rano, a wychodziłem wieczorem. Bez otoczki medialnej czy osób, które mnie wspierały. Witałem się z ratownikami i pływałem. Wokół klienci indywidualni, a ja wśród nich, nie mając nawet z kim porozmawiać, pokonywałem kolejne długości basenu. Ale wydaje mi się, że to przygotowało moją głowę do zmierzenia się z Bałtykiem.

Było ciężko?
Było ciężko bardzo. Bo te 28 godz. w wodzie to była non stop walka. Kryzys, zwątpienia, budowanie siebie psychiczne, skrajne emocje, wątpliwości "po co to wszystko?", po czym znów walka. Pamiętam, jak na 9. km pomyślałem, że jeszcze 91 km przede mną (choć przed startem założyłem sobie, że nie będę myślał o tym, ile mnie czeka do końca), poczułem dreszcz, który mnie dosłownie zmroził.

Co było najtrudniejsze na morzu?
Najtrudniejszy był 40. km. Bo wiadomo – teraz dni są krótsze, słońce zaszło po 21, a wzeszło późno, więc pierwszej nocy płynąłem 7 godz. po ciemku. W tej 7. godz., kiedy dopływałem do 40. km, mój błędnik oszalał, a żołądek przestał pracować. Zbierało mi się na wymioty i obawiałem się, że to będzie powtórka zeszłego roku (Sebastian Karaś podjął wówczas próbę przepłynięcia Bałtyku, jednak zakończyła się ona niepowodzeniem z powodu m.in. choroby morskiej – przyp. red.). Na szczęście zespół płynący obok w łodzi od razu podał mi bardzo ciepłą herbatę miętową i wołowinę, i w ten sposób udało się przewalczyć kryzys.

Co cię motywowało?
Moim głównym celem przepłynięcia Bałtyku było zrobienie czegoś, czego wcześniej nikt nie zrobił. Ale całą akcję połączyłem z aukcją charytatywną i szczerze mówiąc, nie wiedziałem, jak silnie podziała to na motywację. To było w pewnym sensie płynięcie drużynowe, więc na tym 40 km, myślałem o Jaśku i Magdzie (podopieczni Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą", którym została zadedykowana tegoroczna próba przepłynięcia Bałtyku – przyp. red.). Teraz satysfakcja jest podwójna, cieszę się nie tylko ja i moja rodzina, ale również rodzice dzieci, bo udało się zebrać pieniądze na rehabilitację.

Po tym 40. km już nic trudnego się nie wydarzyło?
Kolejny duży kryzys nadszedł pod koniec, kiedy wszystkim towarzyszyły bardzo duże emocje. Z powodu błędów w komunikacji załoga powiedziała mi, że mam 2 km do finiszu, ale z tych 2 km zrobiło się – jak się po wszystkim okazało – ok. 10. Kiedy powiedzieli mi: „Dasz radę, masz jeszcze 2 km”, a po 40 min płynięcia okazało się, że meta wciąż się oddala ( i tak było 3 razy), moja psychika była wyssana do cna. Wszyscy się stresowali, krzyczeli, ja też używałem słów, których nie będę tu lepiej cytował. (śmiech) Oczywiście oni nie robili tego celowo, więc potem ich za te moje teksty wykrzykiwane w emocjach przepraszałem.

Założę się, że przebaczyli natychmiast, kiedy wyszedłeś na ląd. Co sobie wtedy pomyślałeś?
Przede wszystkim poczułem ogromną ulgę. Cieszyłem się, że to już jest koniec, że już mnie nie będzie bolało. Satysfakcja naprawdę nie przyszła od razu. Na początku po prostu była ulga.

Odetchnąłeś też dlatego, że nie musiałeś więcej płynąć w ciemności? Wyobrażam sobie, że to było straszne.
Oj, tak, gdy po pierwszej nocy wyszło słońce, cieszyłem się, że najgorsze mam już za sobą. Nie spodziewałem się jednak, że zahaczę jeszcze o druga noc. Start się troszkę przesunął, wypłynęliśmy o 19, a zakładaliśmy, że uda mi się dobić do brzegu w 25-26 godz. Ostatecznie musiałem więc dodatkowe 3 godz. płynąć po ciemku. Co jest trudne, bo poza tym, że nic nie widać, to jeszcze wyobraźnia zaczyna pracować. Kilka razy coś mnie uderzyło w nogę – nie wiem, co to było – ryba, foka? Wtedy starałem się wyłączać. Przed startem tej ciemności się obawiałem, ale kiedy już się na coś nastawię, przygotuję, to udaje mi się dużo przewalczyć.

A jak smakuje wołowina degustowana na środku Bałtyku?
Przede wszystkim ciężko ją jeść! Od załogi płynącej obok na łodzi dostawałem coś w stylu burgerów. Musiałem uważać na fale, więc kładłem się na plecach, jedną rękę z wołowiną unosiłem w kierunku nieba, drugą dzieliłem sobie porcje, a nogami pracowałem do żaby. Nie chciałem się zatrzymywać w miejscu, bo wiadomo, że woda w Bałtyku jest zimna, ciało od razu się wychładzało, więc te posiłki to nie była łatwa sprawa. Tym bardziej, że było ich bardzo dużo, „karmienia” były co 45 min. Ale wołowina mnie uratowała. Bo po tym pierwszym kryzysie „jechałem” już niemal wyłącznie na niej. I jeszcze na tortillach z kurczakiem oraz plackach drożdżowych, które zapijałem miętową herbatą.

Ile kalorii spaliłeś?
Ok. 27 tys. kalorii. A i tak schudłem. Zresztą przez codzienne treningi przed startem wcale nie było mi łatwo zrobić masę. Ale dobrze, że mi się to udało, bo kiedy wchodziłem do Bałtyku, miałem lekkie boczki, a dziś nie ma po nich śladu. (śmiech)

Możesz powinieneś organizować obozy odchudzające na morzu? (śmiech)
O, tak, "sześciopak w 28 godzin". Brzmi dobrze.

Skąd w ogóle wzięła się twoja fascynacja wodą?
Pływam od 8 roku życia, kiedy mama pierwszy raz zabrała mnie i mojego brata na basen. Co ciekawe, nauczyłem się pływać sam, bez pomocy żadnego instruktora. Dopiero po pewnym czasie trener Tomasz Mizerski z Elbląga zauważył, że całkiem nieźle sobie radzę i zaprosił mnie na pierwszy trening do klubu sportowego. I tak się zaczęło. Po kilku miesiącach, wciąż w wieku 8 lat, przypłynąłem basen w 16 czy 17 sekund, wyprzedziłem wszystkie dzieciaki o pół długości i wtedy już było wiadomo, że mam jakiś potencjał. Rodzina mocno się zaangażowała w poprowadzenie mnie w tym kierunku, w Elblągu trenowałem do 14 roku życia. Moją motywację utrzymywał wtedy fakt, że co pół roku przywoziłem medale z letnich i zimowych mistrzostw Polski. Tak się ciągnęło do kategorii seniorskiej.

Specjalizowałem się i pływałem stylem grzbietowym, czyli na plecach, na odcinkach 50, 100 i 200 m. Dopiero w 2013 r. przerzuciłem się na pływanie na otwartym akwenie i na odcinku 10 km też zdobyłem tytuł mistrza Polski, już na olimpijskim dystansie. W międzyczasie po raz pierwszy popłynąłem z Gdyni do Helu, czyli ok. 17 czy 18 km.

Teraz to dla ciebie pewnie bułka z masłem.
Z perspektywy czasu – rzeczywiście. Wtedy jednak nie było to tak oczywiste. Stopniowo stawiałem przed sobą coraz większe wyzwania, zacząłem pływać z Gdyni do Helu co roku. Później przepłynąłem kanał La Manche, co też nie było łatwe. Bo, jak już wspomniałem, ciężko jest mi zbudować tkankę tłuszczową. A tam płynąłem bez pianki. Woda miała 15 st. C, więc niemal zamarzałem. Pod względem termicznym to było ogromne wyzwanie.

Po La Manche pokonałem odcinek Gdynia-Hel w tę i z powrotem, potem przez 24 godz. bez wychodzenia z wody pływałem w basenie (Karaś ustanowił rekord Polski w przepłynięciu najdłuższego dystansu na basenie 25-metrowym w czasie 24 godz. – przyp. red.). A następnie zdecydowałem się zaatakować Bałtyk. Pierwsza próba w zeszłym roku się nie udała, ale w tym roku na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem.

d15v6e2

Bałtycki chłód. Czyli wakacyjne doznania Polaków

d15v6e2

Podziel się opinią

Share

d15v6e2

d15v6e2