WP

Miasta upadają pod naporem turystów. Tanie linie i Airbnb otworzyły puszkę Pandory

Radość miast, że stały się ośrodkiem zainteresowania turystów, odchodzi do przeszłości. Teraz popularność raczej je martwi. Z ośmioma milionami turystów rocznie – po dziesięć osób na jednego mieszkańca – ta ludzka masa zabija Kraków tak, jak Barcelonę, Amsterdam czy Wenecję.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
W starej części Wenecji trudno spotkać miejscowego. Większość ludzi to turyści
W starej części Wenecji trudno spotkać miejscowego. Większość ludzi to turyści (123RF)
WP

Wielki statek wycieczkowy powoli opływa główną część starej Wenecji. Na ten widok zatrzymuję się razem z tłumem turystów, bo obrazek jest zniewalający. Nie jest to największy wycieczkowiec spośród tych, które wpływają na wenecką lagunę, ale i tak ma pewnie z dziesięć pokładów. Najwyższy, na którym turyści mogą na leżakach łapać promienie słońca, jest pewnie o kilkanaście metrów wyższy od najwyższego budynku średniowiecznego miasta. Statek jest zbyt duży, by manewrować na własnych silnikach, przez kanały napędzają go dwa holowniki – jeden z przodu, drugi z tyłu.

Tego rodzaju "pocztówka z Wenecji" stała się w ostatnich latach ikoną zjawiska, które po polsku można nazwać "przeturystowieniem" (ang. overtourism). Winni jesteśmy wszyscy: nasze krótkie, majówkowe wypady, tak zwane miejskie przerwy (city break) tworzą na usługi turystyczne taki popyt, którego miasta nie są po prostu w stanie udźwignąć. Choć – poza Krakowem – nie mamy może za dużo miast-turystycznych szlagierów, to trend ten zaczyna być widoczny także w Polsce. I pojawiają się powoli próby zaradzenia mu.

Wenecja / Shutterstock
Podziel się
WP

Dla wszystkich łóżek nie starczy

Choć szokujący obraz Wenecji jest prawdopodobnie najbardziej znaną wizualną ikoną overtourismu, zapewne najbardziej głośnymi turystycznymi kierunkami, które borykają się z tym zjawiskiem, są Amsterdam i Barcelona. Dotyczy ono bowiem głównie miast – w hotelach za miastami ruch rozkłada się na więcej mniejszych lokalizacji gotowych, by pomieścić gości. Podobnie jest z wielkimi centrami rozrywki w rodzaju Disneylandów czy tzw. destynacji turystycznych – wypoczynkowych kompleksów lokowanych w atrakcyjnych klimatycznie miejscach. Jedne i drugie od początku planowane były do obsługi masowego ruchu turystycznego.

ZOBACZ TEŻ: Turyści nie odpuszczają koniom z Morskiego Oka. "Widać, że są zajechane"

WP

A miasta – zwłaszcza stare, średniowieczne miejscowości, które z czasem stały się turystycznymi lokalizacjami – mają w założeniu być przede wszystkim miastami. Co oznacza, że mają tam mieszkać ludzie, jeździć do pracy, używać rozmaitych rozrywek w czasie wolnym. Tymczasem przypływ turystów w niektórych dzielnicach sprawia, że mieszkać się nie da. Turyści nie jeżdżą tramwajami, nie robią zakupów na tydzień, żeby mieć pełną lodówkę i środki czystości. Rzadko chodzą do kina, nie siadają na ławkach w parku, nie interesują ich zróżnicowane restauracje, a raczej fast foody i sklepiki z pamiątkami i podstawowymi produktami.

Wenecja / Shutterstock
Podziel się

To, co kiedyś było wielkim atutem miast, czyli ich zdolność przyciągania turystów, staje się dziś ich przekleństwem. Już w 2012 r. 800-tysięczny Kraków odwiedziło 9 mln turystów – to dziesięć osób przyjezdnych na każdego mieszkańca. W teorii oznacza to, że na jedną kamienicę mieszczącą 15 osób przypadać musi naprawdę duży hotel. A w praktyce? – Mieszkańcy wyprowadzają się, choć wielu bardzo tego nie chce. Ciężko jest jednak żyć w jednej wielkiej imprezowni – mówiła na łamach Tok FM dr Marta Derek z Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego.

WP

Kraków szczyci się od kilku lat, że w naszym regionie Europy – która jako kontynent zgarnia połowę światowych turystów – nie ma sobie równych (choć w szranki staje z nią Dubrownik – także piękne miasto, rozsławione dodatkowo serialem "Gra o tron"). Z wygodnymi połączeniami oferowanymi przez tanie linie lotnicze oraz rozbudowaną ofertą Airbnb, cierpi na to samo, co inne popularne cele city breaków. O tym, że historyczne centrum Pragi jest turystycznym gettem pozbawionym mieszkańców, nie trzeba przekonywać nikogo, kto je odwiedził.

Bo miasto nie jest z gumy. Już od dawna łatwo zaobserwować, że turyści chcą mieszkać bliżej atrakcji. W ten sposób wyludniają się centra miast. Zwiększony ruch brał się z coraz mocniejszej marki Krakowa jako miejsca, gdzie... można wypić piwo za jednego funta. Zbiegło się ono w czasie z gwałtownym rozwojem oferty tanich linii lotniczych, dzięki którym weekendowy wypad do dawnej stolicy Polaków można odbyć naprawdę za grosze.

Barcelona / Shutterstock
Podziel się

Główny oskarżony: ekonomia

WP

To ciemna strona masowej miejskiej turystyki - taka, której nie widać w liczbach. Te mówią o 3,5 mld przychodu z tego zwiększonego krakowskiego ruchu. Ale przychód ten generują w dużym stopniu tanie puby, niesławne kluby ze striptizem i tym podobne przybytki. A koszty ponosimy wszyscy – choćby zwiększonych interwencji policji. Spadają też wpływy z podatków. Dlaczego? Bo centrum miasta, które musi pomieścić dziesięciu turystów na każdego mieszkańca, tworzy dla nich miejsce.

Tu na arenę wchodzi główny zły dzisiejszego "przeturystowienia": Airbnb, serwis, dzięki któremu każdy może wynająć swoje mieszkanie na krótki okres. Serwis wyświetla naszą ofertę zainteresowanym turystom, pobiera opłatę i, pomniejszoną o prowizję, przelewa na konto właściciela mieszkania. Jest to więc modna dzisiaj tzw. ekonomia współdzielenia – kiedy nie używam zasobu (np. sam wyjeżdżam na wakacje), oddaję go komuś, dzięki czemu przedmiot – w tym wypadku mieszkanie – się nie marnuje.

Niestety – znów – pięknie wygląda to tylko w teorii. W latach 50. w centrum Krakowa mieszkało 53 tys. mieszkańców. Dziś liczba ta spadła do kilku tysięcy – reszta to lokale zaadaptowane, w znacznej większości dla potrzeb rynku turystycznego. Trudno powiedzieć, ile ich dokładnie jest – w Airbnb zarejestrować się może każdy. Znikają więc mieszkańcy, a wraz z nimi – normalne miejskie życie.

Praga / Shutterstock
Podziel się
WP

Amsterdam. Ale kanał

O tym, jakie skutki dla Barcelony może nieść zbyt duża liczba gości, uprzedzała w 2014 r. mało znana początkująca działaczka polityczna Ada Colau. Rok później była już burmistrzem miasta i zaczęła wprowadzać nowe zasady. Jednym z nich był obowiązek rejestracji, a przede wszystkim limity dla gwałtownie rozwijającego się rynku "nielegalnych" noclegów. Podobne ograniczenia wprowadza dziś choćby Berlin, w którym nie można mieć na własność mieszkania, które wynajmuje się turystom przez cały rok. Specjalnie w tym celu zatrudnieni urzędnicy pilnują, by żadne mieszkanie nie było wynajmowane przez dłużej niż pół roku w ciągu każdego roku.

Falę nadmiernej turystyzacji przechodzi też właśnie Amsterdam. W ubiegłym roku to miasto – wielkością porównywalne z Krakowem, znane z szerokich kanałów, wąskich uliczek i takich samych kamienic – odwiedzone zostało przez 18 milionów turystów. Władze spodziewają się, że do połowy XXI w. liczba ta urośnie do 42 (czterdziestu dwóch!) milionów. Dodajmy, że ta liczba nie rozkłada się równomiernie ani w ciągu tygodnia, ani w skali roku, więc powiedzieć o amsterdamskich weekendach, że są tłoczne, to nic nie powiedzieć.

Dlatego Amsterdam przestaje właśnie reklamować się jako cel turystyki. Nie będzie już "promocji destynacji", będzie "zarządzanie destynacją". A w ramach tego zarządzania – ograniczenie liczby nie tylko obiektów gościnności usługowej (hoteli, apartamentów i mieszkań), ale wręcz turystycznych atrakcji. W rzeczywistości, kiedy przemyśleć wszystkie te "atrakcje" – standardowe gabinety figur woskowych czy wystawy ciekawostek albo średniowiecznych narzędzi tortur – wielu z nich możemy się pozbyć bez poczucia uszczerbku na dziedzictwie.

Amsterdam / Shutterstock
Podziel się

Spotkamy się w sądzie

W Polsce, choć problem narasta – czego dowodem są choćby tłumy turystów przetaczających się co roku w Krakowie – dyskusja o ograniczeniach ruchu turystycznego w miastach toczy się dopiero od niedawna. W 2018 roku zrzeszająca hotelarzy Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego i Ministerstwo Sportu i Turystyki zaczęły rozmawiać o ograniczeniach w traktowaniu domu jak hotel. Właściciele prawdziwych hoteli są zainteresowani, bo mieszkania z Airbnb to dla nich nielegalna konkurencja: świadczą usługi noclegowe, ale podatki płacą jak mieszkańcy zwykłych mieszkań.

Walka jednak będzie długa. Jak na jesieni donosiła "Rzeczpospolita", za próbę ograniczenia goszczenia turystów wzięły się na początek wspólnoty mieszkaniowe. – Przez imprezy i wyludnianie mieszkańców spada komfort mieszkania i rosną koszty utrzymania części wspólnych – tłumaczą. Jednak właściciele mieszkań, którym odbiera się w ten sposób regulaminowo możliwość zarabiania na pustych mieszkaniach, idą do sądu. I wygrywają. "Pozostali członkowie wspólnot nie mogą decydować, co właściciel robi ze swoim mieszkaniem" – brzmią wyroki.

Prawdopodobnie, wzorem Barcelony czy Berlina, będziemy w końcu musieli uregulować rynek mieszkań na wynajem i ograniczyć liczbę turystów. Jednak droga do tego w Polsce nie będzie łatwa.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Polub WP Turystyka
WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP