Wysoko na „tourach”
Miłość to wymagająca – godziny mozolnego człapania w fokach na grzbiet lub gryzienia zębami śniegu w stromych żlebach w rakach z przypiętymi do horolezki nartami... A potem – „spełnienie”: otarcie potu, foki do plecaka!
Miłość to wymagająca – godziny mozolnego człapania w fokach na grzbiet lub gryzienia zębami śniegu w stromych żlebach w rakach z przypiętymi do horolezki nartami... A potem – „spełnienie”: otarcie potu, foki do plecaka!
Wysoko na „tourach”
Jeszcze rzut oka wokół na białe grzbiety i nierzadko zielone już doliny, wsłuchanie się w cudowną ciszę gór (bo któż w maju chodzi po Tatrach...). A potem kilka minut tak długo zostających w pamięci: na początku zwykle stromo – czasem obskok, potem już „śmig hamujący”, a w dole – gdy żleb przechodzi w górny kocioł doliny – najchętniej krystiania „leger”... Czy ktoś – w dobie katowania stoku na wewnętrznej krawędzi „carvingów” – jeszcze pamięta te ewolucje, tak nazywane w programach kursów instruktorskich sprzed chyba trzydziestu lat? A tak wciąż przydatne...
Wysoko na „tourach”
I ten szelest zsuwającego się w dół spod krawędzi nart śniegu, czasem – zjazd na fali deski śnieżnej, a czasem – płyniesz w wiosennej kaszy, cudownym tatrzańskim firnie. Na ogół miękko – więc powtarzasz sobie: pamiętaj, cały czas pełne stopy na obydwóch nartach, rozluźnij kolana, sylwetka lekko do tyłu, żeby czuby trochę poszły do góry, rozłóż szerzej ręce, dla lepszej równowagi.
Wysoko na „tourach”
Lubię wysokie góry. Jakoś omijają mnie HMS-y (High Mountain Sickness), nie wiem, co to ból głowy czy mdłości (choć chyba aklimatyzuję się dłużej niż inni)... No to czemu nie spróbować tej egzotyki z nartami? Wiem, nie ma chyba piękniejszych gór niż wiosenne Tatry. Ale zjazdy są relatywnie krótkie. No i to ciągłe uczucie, że łamiesz formalne zakazy – bo w naszych Tatrach to jedynie w Świńskim Kotle strażnicy TPN czasem przymykają oko.
Wysoko na „tourach”
Lepiej jest na Słowacji, tam „tourowcy” doczekali się kilku rejonów Tatr, wiosną legalnie dostępnych, a klimat Ziarskiej chaty – pełnej w kwietniu narciarzy – jest niepowtarzalny. Za to tamtejsi „ochraniary” nie żartują, a oficjalny sezon wiosenny kończy się zwykle stanowczo za wcześnie... Ale cóż – „świszcze wychodzą”.
Wysoko na „tourach”
Elbrus (5633 m). Dwie próby – za pierwszym razem nagła burza śnieżna na trawersie pod przełęczą między wschodnim a głównym wierzchołkiem. I – w panice – ucieczka w dół z wymacywaniem w gęstej mgle (takiej, że czubków nart nie widać) nielicznych traserów. Bo to najbardziej zdradliwe miejsce – poniżej trawersu lodowiec, wielu, którzy zgubili ścieżkę właśnie tam, do dziś pozostało na Elbrusie.
Wysoko na „tourach”
Nepal kolejna miłość mego życia.
Zaliczyłem tam prawie wszystkie „klasyczne” trekkingi, w tym jeden bardzo wymagający i najmniej „wypasiony”: bez licznych hotelików i restauracji w wioskach, ale i bez setek trekkersów.
Wysoko na „tourach”
Fudżi (3776 m) kultowa góra Kraju Kwitnącej Wiśni.
Już dawno temu, gdy zaliczałem ten wulkan latem, to tysiącmetrowy żleb poniżej wierzchołka na południowo-wschodnim zboczu został mi w narciarskiej pamięci.
Wysoko na „tourach”
Mount Chacaltaya (5470 m). Czy wiecie, gdzie jest najwyżej położony wyciąg narciarski na świecie (a jednocześnie chyba najstarszy działający – uruchomiono go w... 1939 roku)? To była dwa lata temu Ameryka Południowa, zaliczamy – w ramach aklimatyzacji przed Aconcaguą (z której potem „zdmuchnie” mnie z sześciu tysięcy metrów słynny andyjski „vento blanco”...) – boliwijskie Andy.