Trwa ładowanie...
daqjbm8

Rodzina Wywiołków - Podróżnicy Roku 2006

Miesięcznik "Podróże" przyznał rodzinie Wywiołków (tato z trójką dzieci) nagrodę "Podróżnika Roku 2006". Za wyprawę do Kalkuty, a po drodze były przystanki: Moskwa, Syberyjska Tajga, Bajkał, Mongolia, Chiny, Tybet, Nepal.

Share
daqjbm8
(fot. Rodzina Wywiołków)
Źródło: (fot. Rodzina Wywiołków)

_ Razem mają prawie 40 lat, tyle samo co tata, pan Tomasz. Natalka ma 15 lat, Tomcio - 12, a Albert ma 11 i wciąż chodzi na rękach. W tym składzie rodzina Wywiołków w parny lipcowy dzień stanęła na Dworcu Centralnym w Warszawie. Cel – Kalkuta. Po drodze były Moskwa, Syberyjska Tajga, Bajkał, Mongolia, Chiny, Tybet, Nepal. Były też małe wielkie odkrycia, przygody i kupa śmiechu. Potem miesięcznik „Podróże” przyznał im nagrodę „Podróżnika Roku 2006”. _

Można powiedzieć, że wasza czwórka dotarła z Warszawy do Kalkuty na 6 stopach i 2 dłoniach.

Ach tak, najmłodszy – Albert, dziecko o niezwykłych zasobach energii, ciągle chodził na rękach. Często wzbudzał tym zachwyt tubylców. Zaczęło się od Placu Czerwonego w Moskwie. Potem nad Bajkałem. Na świętej górze Mongołów - Bogd Chan. W Pekinie na Placu Niebiańskiego Spokoju. W Lhasie przed pałacem Potala. W Himalajach u podnóża Mount Everestu, na wysokości 6.200 m. n.p.m.. Potem w Katmandu na cmentarzu alpinistów. W Indiach, w Benares na schodach schodzących do Gangesu. I na koniec w Kalkucie. Cóż, każde z dzieci przeżywało tą wyprawę na własny sposób (śmiech).

Co zainspirowało Pana do odbycia tak dalekiej podróży z trójką dzieci?

Byłem wcześniej w Indiach. W jeden z długich, zimowych wieczorów siedzieliśmy całą rodziną przy kominku i opowiadałem dzieciom o tym niesamowitym kraju. Rozmarzyły się bardzo, słuchały w wypiekami na twarzy i szeroko otwartymi oczami. Zadawały tysiące pytań. W ferworze pytań i odpowiedzi padła nagle obietnica, że jak każde z nich będzie najlepszym uczniem w swojej klasie to pojedziemy wspólnie do Indii. Palnąłem bez namysłu. Tyle tylko, że dzieciaki się zawzięły i wywiązały się z obietnicy. Co mogłem zrobić? Wziąłem całą trójkę i załadowaliśmy się do Kolei Transsyberyjskiej.

Jak zabijaliście czas podczas długich dni spędzonych w pociągu?

Szczerze mówiąc bardzo się tego obawiałem. Bałem się, że nie nie wytrzymamy czterech dni w przedziale pociągu. Ale podróż bardzo szybko nam minęła.

Dzieciaki czytały po drodze Mahabharatę (przyp. red. hinduskim epos, największy na świecie). To dość trudna lektura.

Tak, ale poradziły sobie bez problemu. Wcześniej, jeszcze w domu, czytywałem im Bhagavad Gite, więc było im trochę łatwiej. Mahabharata przybliżyła im kulturę indyjską, pozwoliła stopniowo oswajać się z tym odmiennym krajem. W ten sposób byliśmy lepiej przygotowani do podróży.

Jaka była najśmieszniejsza sytuacja podczas tej podróży?

W drodze z Katmandu do Chituanu mieliśmy możliwość jechać na dachu autobusu. Dzieci były przekonane, że ja się nie zgodzę na taki wyczyn i zaczęły prosić: „Tato, tato, my będziemy grzeczni do końca życia, jak się zgodzisz!” Jazda na dachu autobusu, czy pociągu była moim marzeniem odkąd byłem małym chłopcem. Po chwili udawanego wahania zgodziłem się „wspaniałomyślnie”. Upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu. Spełniłem swoje dziecięce marzenie i miałem grzeczne dzieci. Innym razem w Nepalu dzieci kąpały słonia w rzece. Skakały z niego do wody, masowały mu trąbę. Ja robiłem dokumentację fotograficzną i filmową z brzegu. Nagle na przeciwległym brzegu zobaczyłem wielkiego krokodyla, który leniwie wygrzewał się na słońcu. Narobiłem paniki, wrzasku, wyciągnąłem dzieciaki z wody. Na co podszedł do mnie Nepalczyk, który ze stoickim spokojem powiedział, żebym się nie bał, ponieważ ten gatunek krokodyli wcale nie pożera ludzi.

Rozumiem, że Pan się całkowicie rozluźnił.

Tak, jasne (śmiech). Pytam więc tego człowieka: „W takim razie który gatunek jest groźny.” On zupełnie serio odpowiedział, że jest taki drugi gatunek krokodyla, który pożera dzieci, ale on się boi słoni (śmiech). Muszę przyznać, że ta przygoda nad rzeką do dziś mi się czasem śni po nocach.

A gdzie spędziliście najciekawszą noc? Często korzystaliście z zaproszenia tubylców, nocowaliście też w tanich hotelach i pod namiotem.

Bardzo miło wspominamy jurtę mongolską. Nocowaliśmy u starego, poczciwego Mongoła, nazywał się Szambo Tutułajczyk. Jakby mógł, to oddałby nam wszystko. Wyprowadził się z całą rodziną z własnego domu po to, żebyśmy my tam mogli zamieszkać. W Czituanie (przyp. red. w Nepalu) skorzystaliśmy z zaproszenia rodziny braminów, która wyprawiła dla nas pewnego wieczora prawdziwą ucztę. Wróciliśmy właśnie z całodziennej wędrówki po dżungli. Cała wioska wyszła nam naprzeciw. Przystroili nas girlandami, posadzili na tronach, grali na bębnach i karatalach (przyp. red. mosiężne dzwonki). Śpiewali religijne pieśni w sanskrycie, my odpowiadaliśmy naszymi piosenkami. Cała impreza trwała dobrą godzinę. Czuliśmy się jak królowie.

W Chinach dzieci zamiast lizaków zajadają się, kandyzowanymi na słodko kurzymi nóżkami na patyku. Za jakimi smakołykami tęsknicie?

Dobrze je pamiętam, ponieważ kosztowały mnie majątek. Moje dzieci bez przerwy zajadały się indyjskimi cukierkami ladu. Chyba z połowę naszego budżetu przeznaczonego na Indie wydałem na te mleczne, miękkie kulki. Ogólnie nie żałujemy z żoną dzieciom niczego. Tu w domu mają zapewnione najlepsze warunki. Jednym z założeń naszej wyprawy było pokazanie im innego świata. Tego, że ich rówieśnicy w Azji muszą ciężko pracować i walczyć o przetrwanie. Widziały dzieci, które śpią na ulicach Kalkuty, czy Nepalu. Czy Mongołów, którzy mieszkają całe życie w namiotach. Chciałem im pokazać, że one żyją jak pączki w maśle. Miało to na celu wytworzenie u nich pewnej świadomości. Pragnąłem uzmysłowić im, że nie wszystkie dzieci mają ten luksus, że mogą się uczyć i rozwijać.

Czy cel został osiągnięty?

Zdecydowanie tak. Dzieciaki nabrały pokory do świata. Teraz nie oceniają zbyt szybko ludzi. Ta podróż zainspirowała je tak mocno, że każde z nich powiedziało kim chciałoby zostać w przyszłości.

Bywały momenty, gdy chcieliście do mamy?

I do mamy i do żony (śmiech). Były takie chwile, że zastanawiałem się co ja tam w ogóle robię. Myślałem sobie, ale ze mnie idiota, dzieciaki na drugi koniec świata ciągnę. Ja i Albert nabawiliśmy się w Nepalu dziwnego rodzaju infekcji żołądkowej, której towarzyszyły myśli psychodeliczne. Przywiezione ze sobą leki wzmocniliśmy lokalnymi specyfikami – medycyną naturalną. W końcu przeszło, ale wtedy uważałem, że decyzja o tej podróży była najgorszą w moim życiu. Natalia i Tomcio mieli podobne myśli, gdy kilka dni później również się rozchorowali. Było to niedługo po tym, jak wykąpaliśmy się w Gangesie.

Musze przyznać, że Wasza decyzja o kąpieli w Gangesie w Benares, w którym pływają prochy zmarłych, zwłoki ludzi i zwierząt, do którego lokalne fabryki wylewają ścieki, była dla mnie zaskoczeniem. Zaimponowało mi to, że postanowiliście wraz z wiernymi zażyć rytualnej kąpieli w świętej rzece. Nawet najwytrawniejsi backpackersi rezygnują z tej „przyjemności”.

O świcie wysiedliśmy na stacji kolejowej w Benares. Oczywiście w sekundę oblepił nas tłum rikszarzy . Dzieci tradycyjnie mnie otoczyły, pilnowały, żeby żaden złodziejaszek nie wyciągnął mi nic z kieszeni, ani saszetki, a ja pertraktowałem z szoferami. Jeden z Hindusów stał spokojnie z boku, nie przepychał się, nie krzyczał. Powiedział tylko jedną sentencję: „Ten, kto nie widział Gangesu o wschodzie słońca, ten nigdy nie był w Benares”. To zdanie wywarło na naszej czwórce ogromne wrażenie. Zaczarował nas. Wskoczyliśmy do jego rikszy, a on zawiózł nas prosto nad brzeg rzeki, na ogromne schody. Tam Hindusi odbywali codzienną kąpiel w świętym Gangesie. Ogarnęła nas duchowa atmosfera. Nie zastanawiając się ani chwili przyłączyliśmy się do nich.

Wyobrażam sobie, że byliście jedynymi białymi ludźmi, którzy się na to zdecydowali.

Zakochaliśmy w tej rzece. W Benares jest tak, że każdego dnia o świcie Ganges zapełnia się turystami na łodziach, którzy podglądają i fotografują poranny rytuał Hindusów. Tym razem my byliśmy obiektem zainteresowania zwiedzających, na nas skierowane były obiektywy aparatów. Muszę się przyznać, że zupełnie nie myśleliśmy o poziomie zanieczyszczenia rzeki. Przynajmniej ja nie myślałem, a to chyba ja powinienem o takich rzeczach myśleć… W każdym razie nie odnotowaliśmy u nikogo żadnych zmian dermatologicznych skóry.

Czy podczas wyprawy istniał podział obowiązków?

Natalia nosiła apteczkę, była pielęgniarką. Tomcio nosił w swoim plecaczku sprzęt elektroniczny. Odpowiadał za to, aby baterie od aparatu fotograficznego i kamery video były w miarę możliwości naładowane. A Albert, który najmniej mówi po angielsku miał za zadanie wszystko jak najtaniej kupić (śmiech). Wychodziło mu to świetnie.

Nie jest chyba łatwo okiełznać tróję dzieci w tym wieku. Mieliście regulamin wyprawy?

Jeszcze przed rozpoczęciem podróży wymyśliłem, że każdego dnia inna osoba będzie szefem. Szef mówił, o której wstajemy, w którą stronę jedziemy, jaki środek transportu wybieramy itd. Oczywiście reszta miała wpływ na szefa, mogła go przekonywać do swoich pomysłów, ale to on miał ostateczną decyzję danego dnia. Każdy czekał na swój dzień szefowania. Ta metoda automatycznie dyscyplinowała, ponieważ każdy chciał, aby go słuchano, gdy przyjdzie jego kolej szefowania. Wyprawa była niezwykle spontaniczna i każdy w równym stopniu był jej kreatorem.

Jaki kryptonim nadałby Pan tej rodzinnej wyprawie?

Przygoda Naszego Życia, chociaż teraz już wiem, że przygoda naszego życia jest jeszcze przed nami.

Macie już pomysł na kolejną rodzinną wyprawę?

Następną podróż chcemy zacząć w miejscu, gdzie skończyliśmy ostatnią, czyli w Dehli. W przyszłe wakacje polecimy samolotem do Indii. Stamtąd lądem przez Azję Południowo-Wschodnią, Indonezję, Papuę Nową Gwineę, chcemy dostać się do Australii. Tam kupimy jakiegoś starego gruchota i przejedziemy Krainę Kangurów wzdłuż i wszerz.

Weźmiecie ze sobą mamę?

Problem tkwi w tym, że żona nie lubi podróżować. Ale jest naszym najwierniejszym kibicem i śledzi nasz każdy krok z Polski.

Gdy odbieraliście nagrodę za zdobycie tytułu „Podróżnika roku 2006” przyznaną przez magazyn „Podróże” widziałam wzruszenie na waszych twarzach.

Chociaż największą nagrodą była sama podróż i wszystko to, co podczas niej przeżyliśmy, to moment odebrania nagrody był magiczny. Byliśmy z siebie dumni. Poza tym otrzymaliśmy pięć tysięcy złotych, które przeznaczymy na poczet kolejnej wyprawy. Dla mnie dodatkowo ogromnym przeżyciem było osobiste spotkanie z panią Elżbietą Dzikowską, która oczarowała mnie niegdyś swoimi opowieściami i z całą pewnością przyczyniła się do chęci ruszenia w świat.

Jaki jest niezbędnik podróżnika rodziny Wywiołków?

Nie ruszamy w świat bez naszych tybetańskich kapeluszy. Jest to znak rozpoznawczy rodziny Wywiołków. Duży kapelusz i trzy mniejsze za nim.

_ Rozmawiała: Agnes Lecznar _

daqjbm8
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
daqjbm8
daqjbm8