Siedzimy – jakieś trzydzieści osób upchanych pod ścianami jurty. W środku Bair. Jego głowę przyozdabia czapka z zasłaniającymi oczy frędzlami. Kiedy duch przychodzi, oczy muszą być zasłonięte, by nie miał okazji w nie spojrzeć. Bair uderza rytmicznie w bęben, kolebiąc się przy tym na boki. Za pomocą szamańskiej melodeklamacji, zaskakująco przypominającej pulsujące pieśni Indian, przywołuje duchy przodków. Po godzinie przywoływania zebranych ogarnia znużenie. Niektórzy tępo patrzą przed siebie, inni ostentacyjnie drzemią, jeszcze inni coś tam między sobą poszeptują. Otępiony ostinatem falującej, podobnej do indiańskich pieśni, buriackiej nuty, zastanawiam się, kiedy i w jakich okolicznościach mogło dojść do spotkania szamanów Ameryki z tymi tutaj. A może wcale do niego nie doszło, może po prostu istnieje jedna uniwersalna dusza, dusza narzucająca całemu światu identyczne rytuały?
Rytm i pieśń przyspieszają. Jeden z pomocników daje zgromadzonym znak do powstania. Choć robi to z rutyną, nie udaje mu się ukryć podniecenia. Batar i Walerij – uczeń mistrza – nakładają na głowę Baira potężną, przyozdobioną dwoma czarnymi rogami koronę. Bair przypomina w niej tajemniczą postać Herna z serialu o Robin Hoodzie. Teraz gra i śpiewa jeszcze głośniej. Wygląda to tak, jakby korona dodawała mu mocy i upewniała w słuszności misji. Batar czujnie staje za plecami ojca, z którym ja – o zgrozo! – znajduję się teraz w pozycji face to face. Czuję się nieswojo, z niepokojem zerkam wokół. Wszyscy, podobnie jak ja, rzucają w JEGO stronę krótkie, lękliwe spojrzenia i szybko z powrotem wbijają wzrok w podłogę. Szukam wsparcia w Batarze, lecz i jemu, pomimo niedawnej obojętności wobec wierzeń, udziela się nastrój powagi i uniesienia. Czuję, jak wilgotnieją mi dłonie, wysycha gardło. Martwa cisza uświadamia mi, że wbrew obecności otaczających mnie ludzi coraz bardziej jestem tu sam. I tylko ta irytująca, wwiercająca się w mózg coraz szybciej i szybciej klepana szamańska mantra, mantra, która zamiast uspakajać, wyprowadza z równowagi.
Wtem Bair, odrzucając od siebie bęben, wyskakuje w górę jak z procy, wyskakuje, jakby wcale nie był ważącym grubo ponad sto kilogramów sześćdziesięciolatkiem, lecz sprężystym młodzieńcem. Klaustrofobiczną przestrzeń jurty rozdziera jego przeciągły, napęczniały bólem duchowej transformacji okrzyk. Tlen grzęźnie mi w gardle. Reszta mego ciała staje się dla mnie obca, jakby nie była częścią mnie, ale kogoś zupełnie innego. Dopiero po chwili wracam do "siebie", a ciało na powrót zaczyna mnie słuchać.
Rozglądam się. Chciałbym uciec, lecz stać mnie jedynie na krok w tył. Natykam się na filcową ścianę. Napieram na nią, chcę w nią wniknąć. Kim jest to coś, co złowieszczo posapując, powolnie okrąża jurtę. Co siedzi wewnątrz ciała, które poza fizycznością nie ma już nic wspólnego z mężczyzną, którego jeszcze przed chwilą kojarzyłem z kimś konkretnym.
Rozglądam się ponownie. Większość zebranych, zasłaniając dłońmi oczy, z trwogą w głosie chóralnie recytuje kilkuwersową formułę, która w tym momencie przypomina mi diabelskie podszepty rodem z "Dziecka Rosemary" Polańskiego. Później dowiaduję się, że to werbalna prośba do ducha przodka, żeby – skoro już tu jest – nikogo nie krzywdził, a wręcz odwrotnie, by pomagał. Szaman zatrzymuje się przed czujnie wpatrzoną w niego Dołgarmą, ona podaje mu żarzącego się papierosa. Szaman, pomrukując jakimś nieludzkim barytonem, kilkukrotnie się zaciąga, po czym zwraca go kobiecie. Raz po raz targają nim konwulsje. Wygląda to tak, jakby chciał strząsnąć z siebie gromadę obsiadających go much. Batar czeka w gotowości, czeka z zydelkiem w rękach, czeka, by w razie czego Bair miał na czym usiąść. Po sekundzie "boo", zginając się wpół, niczym pies moszczący sobie legowisko, zaczyna krążyć wokół własnej osi. Chłopak próbuje podstawić mu stołek, ten jednak odrzuca od siebie wszystko i zwala się wprost na podłogę. Zebrani, podobnie jak ja zaskoczeni nagłym zwrotem wydarzeń, intuicyjnie odwracają twarze, próbują cofnąć się o krok. Albina w tym czasie nalewa do jednej z miseczek mleko, do drugiej zaś wódkę. Podając je szamanowi, symbolicznie karmi znajdującego się w nim ducha jego przodka. Szaman natychmiast się uspokaja, oswaja, milknie.
Dołgarma siada tuż obok NIEGO, rozkłada przed sobą luźne, zapisane kartki i na głos zapoznaje go z problemami, z jakimi przyjeżdżają ludzie. Do tej pory sądziłem, że skoro jest Buriatem, to o pomoc zwracają się do niego jedynie Buriaci. Kiedy jednak spostrzegam oficera rosyjskiej armii delikatnie, acz stanowczo popychającego w jego kierunku pięcioletniego, bladego z przerażenia syna, a chwilę potem stojącą przed szamanem dwudziestoletnią zgrzebnie odzianą moskwiczankę Annę, dociera do mnie, że Bair Rinczinow nie jest jakimś tam wziętym z łapanki „boo”. Pięciolatek cierpi na zaawansowaną hemofilię, dziewczyna z kolei przyjeżdża z rakiem mózgu. Obydwoje bez powodzenia zaliczyli do tej pory po kilka szpitali. Teraz przebywają pół Rosji z nadzieją na wyleczenie. Znajdujący się w Bairze duch szepcze do uszu pacjentów diagnozy w języku staroburiackim. Dołgarma skrzętnie je zapisuje, by potem przełożyć diagnozę na rosyjski i w takiej formie przekazać pacjentom.
– W rodzinie Anny cztery pokolenia wstecz niespodziewanie zmarła bardzo podobna do niej dziewczyna. Odpowiednio nieodprawiona z tego świata dusza nie odchodzi, lecz zostaje na Ziemi. Zaczyna błądzić, szukać kogoś, do kogo może się przykleić. Znajduje Annę. Od tej chwili dociążonej obcą duszą dziewczynie było coraz gorzej i gorzej – Dołgarma nazajutrz w paru słowach tłumaczy mi przyczynę choroby Anny.
Dopiero teraz przypominam sobie definicję duszy według Batara. Buriaci dzielą ją na trzy części. Pierwsza to ta, która przechodzi z rodziców na dzieci, druga należy się Bogu, trzecia zaś to ta, która w chwili śmierci uświadamia człowiekowi, że on właśnie umiera.
Pięciolatek, wraz z ojcem niosąc na tacy specjalnie przygotowane ofiarne ciastka, obchodzi ognisko, po czym przy wtórze szamańskiego bębna wrzuca zawartość tacy do ognia, który według tradycji jest pośrednikiem między światem żywych a światem umarłych.
– Od pokłonienia się duchom zaczyna się często długi proces powrotu do zdrowia – rzeczowo tłumaczy ceremonię Dołgarma.