Trwa ładowanie...
d1qggrx

Zaginione miasto Inków. Jak w peruwiańskiej dżungli odkryliśmy Vilcabambę

"Tupac Amaru, ostatni władca Inków, wleczony przez Hiszpanów na złotym łańcuchu na miejsce kaźni, opuścił Vilcabambę w 1572 roku. Królestwo upadło, ostatnią stolicę pochłonęła dżungla, wszystko poszło w zapomnienie. Odkryliśmy to miejsce w 1976 roku z Tonym Halikiem, to była wielka sensacja" – opowiada sławna podróżniczka Elżbieta Dzikowska. W tym roku postanowiła wybrać się tam raz jeszcze.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Elżbieta Dzikowska przed pałacem w Vilcabambie, który miał nosić nazwę "Polonia"
Elżbieta Dzikowska przed pałacem w Vilcabambie, który miał nosić nazwę "Polonia" (Kontynenty)
d1qggrx

Czterdzieści lat temu i trochę więcej, kiedy prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej w ówczesnym miesięczniku "Kontynenty", otrzymałam list od 16-letniego ucznia z Elbląga. Zwierzał mi się, że pragnie rozwiązać zagadkę rongo-rongo, pisma z Wyspy Wielkanocnej! Wierzyć – nie wierzyć, ale zrobiliśmy z nim wywiad. I na tym nasze kontakty się urwały. Prawie. Bo kiedy kilka lat temu ambasada Peru poprosiła mnie, żebym wręczyła nagrodę autorowi książki o tym kraju, okazało się, że jest nim właśnie Roman Warszewski, ów młody człowiek, który nie zaniedbał swoich zainteresowań i jego pasją stała się Ameryka Łacińska. O Peru zdążył już napisać kilka książek, odbył wiele ciekawych wypraw po tym kraju, ożenił się nawet z Peruwianką.

I oto Roman Warszewski zadzwonił do mnie w ubiegłym roku z propozycją napisania książki. O mnie. Ależ skąd, odmówiłam już kilka razy zostania bohaterką wywiadów rzek, zresztą sama – bywa – piszę o sobie.
– A gdybym zorganizował wyprawę do Vilcabamby?
– Do Vilcabamby...?
Uległam Romanowi.

Kto dotarł pierwszy?

Poszukiwano tej Vilcabamby już od XVIII w., wówczas nad rzeką Apurímac, w Choquequirao, gdzie prowadzili badania Peruwiańczycy i Francuzi. Szukał tam nawet skarbów – na początku XX stulecia – prefekt prowincji Apurímac. W tym samym mniej więcej czasie, a dokładnie w roku 1911, zafascynował się Vilcabambą amerykański odkrywca Hiram Bingham, który postanowił do niej dotrzeć. I dotarł. Ale ruiny w Espiritu Pampa wydały mu się zbyt skromne na inkaską stolicę, nawet na wygnaniu, uznał więc, że było nią odkryte miesiąc wcześniej Machu Picchu – okazałe, położone w przepięknym pejzażu znacznie bliżej Cuzco, uznane dzisiaj za jeden z siedmiu cudów świata. W 1964 r. pojechał jednak tropem Binghama do Espiritu Pampa Gene Savoy, również Amerykanin, i on to jest uważany za odkrywcę Vilcabamby.
Ale…

Elżbieta Dzikowska i prof. Edmundo Guillén na czele wyprawy do Vilcabamby w 1976 roku Kontynenty
Elżbieta Dzikowska i prof. Edmundo Guillén na czele wyprawy do Vilcabamby w 1976 roku

20 tysięcy mikrofilmów

- …ale trzeba Vilcabambę odkryć raz jeszcze! – wyjaśnił mi prof. Edmundo Guillén, były senator, w owym czasie rektor Uniwersytetu im. Ricardo Palma w Limie, wykładowca na Uniwersytecie św. Marka, znany peruwiański historyk. Uczony wrócił niedawno z Sewilli, gdzie w Głównym Archiwum Indii znalazł wiele dokumentów związanych z podbojem. Chciał ostatecznie potwierdzić jej istnienie na podstawie znalezionych w Sewilli archiwów. Zrobił 20 tys. mikrofilmów i właśnie zajmował się ich studiowaniem.
Zapragnęłam mu w tej wyprawie towarzyszyć, ale na to, żeby Vilcabamba zaistniała nie tylko w papierach, lecz i w terenie – profesor nie posiadał środków. Ja też. Udało mi się jednak zafascynować tematem mego męża Tonyʼego Halika, on przekonał swoją firmę, czyli amerykańską sieć telewizyjną NBC, o ważności takiej wyprawy – i pieniądze się znalazły. Moja ówczesna redakcja, "Kontynenty", też przyklasnęła inicjatywie i zapłaciła mi bilet lotniczy do Peru. A nuż powstanie naprawdę sensacyjny materiał...?

Był rok 1975.

d1qggrx

Głowa władcy na palu

Dlaczego ta Vilcabamba była taka ważna?

Trzeba się cofnąć do czasów rekonkwisty (nb. termin wprowadzony do nauki przez Edmundo Guilléna) i miasta Cuzco, gdzie owa rekonkwista się zaczęła. To właśnie tu młodszy brat Atahualpy – Manco Inca Yupanqui, który miał być marionetką Hiszpanów, zbuntował się i przez osiem miesięcy oblegał miasto. Nie udało mu się zwyciężyć – oprócz Hiszpanów byli przeciwko niemu zwolennicy poprzedniego władcy, podbite przez Inków plemiona, a nawet właśni, żądni władzy bracia. Upraszczając: musiał się wycofać. Daleko. Pogodził się jakoby z utratą dotychczasowego terytorium ze stolicą w Cuzco i założył nowe państwo, w dżungli, na terenach niedostępnych dla Hiszpanów. Vilcabambę. Miało to być – pisze polski uczony prof. Mariusz Ziółkowski – rozwiązanie alternatywne.

Był rok 1537.

d1qggrx

W maju 1572 r. wyruszyło z Cuzco wojsko: hiszpańscy jeźdźcy – a ich arkebuzy, armaty i konie wciąż były dla Inków najgroźniejsze – oraz 1500 najemnych Indian. 19 czerwca tegoż roku spędzili noc już niedaleko celu, nad rzeczką Ayonay nieopodal Pantipampy, którędy przebiegała też nasza, wytyczona przez Edmundo trasa. Inkowie przygotowali zasadzki, ale okazały się nieprzydatne, zapewne na skutek zdrady. 24 czerwca, a był to wtorek, dzień św. Jana, oddział generała Martina Hurtado de Arbieto wkroczył do Vilcabamby. Bez oporu, bowiem miasto zostało opuszczone, spalone, zapasy zniszczone albo zabrane, tak żeby zwycięzcy cierpieli głód i może się wycofali.

Elżbieta Dzikowska w odrzwiach Pałacu Inków w Vitcos, uznanego za letnią rezydencję władców Vilcabamby Kontynenty
Elżbieta Dzikowska w odrzwiach Pałacu Inków w Vitcos, uznanego za letnią rezydencję władców Vilcabamby

Tak czy inaczej – Vilcabamba została zdobyta. Najważniejsze było jednak schwytać Inkę, symbol oporu. Dwór Vilcabamby rozdzielił się i uchodził różnymi drogami. Może gdyby Tupac Amaru uciekał rzeką, wtedy by się udało. Ale żona władcy była brzemienna. Kiedy zdecydowali się po przeszło dwustu kilometrach wsiąść do łodzi, było już za późno: wydali ich współplemieńcy.

Tupac Amaru został 21 września 1572 r., w insygniach królewskich, na złotym łańcuchu, zawleczony do pałacu Colcampata w Cuzco. Tam go przez trzy dni "nawracano", po ochrzczeniu otrzymał imię Pedro. Na kaźń pojechał mułem pokrytym czarnym aksamitem, z rękami związanymi do tyłu, sznurem na szyi. Zanim kat z plemienia Canari wykonał wyrok, Inka miał przemówić. Jedni twierdzą, że wyraził żal za swe życie w pogaństwie, według innych trwał w milczeniu, wykonawszy tylko dla tysięcy otaczających plac poddanych kabalistyczny gest. Obciętą głowę władcy osadzono na palu, na dwa jednak tylko dni, bowiem przybywały oddawać jej cześć tłumy Indian. Ostatecznie spoczęła razem z ciałem prawdopodobnie w kościele Santo Domingo wzniesionym na ruinach dawnej świątyni Coricancha.

d1qggrx

My – po schodach Inków, tak jak i Hiszpanie – wkroczyliśmy do Vilcabamby 19 lipca 1976 r. Napięcie – niesłychane.

Dzikowska i Tony Halik przed ścianą dżungli, której nie wycinano od 400 lat... Kontynenty
Dzikowska i Tony Halik przed ścianą dżungli, której nie wycinano od 400 lat...

Odkrywamy zaginione miasto

Najpierw natrafiamy na wystające z muru rury, które okazują się częścią niegdysiejszych wodociągów. Następnie – kamienny most, najwyraźniej z inkaskich czasów. Nasi policjanci Jorge i Percy, a także Braulio, którego przysposobiliśmy po drodze, oraz Mariano i Paulino wycinają dżunglę, umożliwiając ekipie przejście. Przysiadam na pniu, żeby zmienić taśmę filmową w kamerze, ale nagle się w nim zapadam, bo był spróchniały.

Wszystko jest zarośnięte. Kiedy oczyszczamy nieco schody, okazuje się, że prowadzą na taras, a może do Pałacu Inków? Edmundo podaje mi rękę, wdrapuję się na resztki murów prostokątnej budowli podzielonej na kilka przestrzeni. Jest też dziedziniec, może rzeczywiście pałacowy...? Tak, bo pod drzewem znajdujemy starannie – ciekawostka! – ułożone dachówki, osmalone, a wiadomo, że Pałac Inków został spalony, zaś produkcję dachówek zapożyczyli od Hiszpanów.
Przedzieramy się dalej jakby po ciemku, obmacujemy ściany dziedzińca, Edmundo dociera do drzwi o cechach inkaskich i zaczyna wierzyć, że jesteśmy w Vilcabambie. W zaroślach jakieś nieduże, cylindryczne pomieszczenie, a może to łazienka Inki? Zeskakujemy z muru, w który – a bywa to tu często – wrosły imponujące węże korzeni olbrzymiego drzewa. Po kilku minutach dochodzimy do zarośniętej także mchami, porostami i krzewami ściany. To mur niezwykły, natrafiamy w nim na nisze, w których Edmundo odkrywa resztki czerwonej polichromii. W takich niszach do dzisiaj Indianie składają idole, ubrania, a tu jest ich wiele, trudno policzyć. Zasługuje to miejsce na miano "Pałacu z Niszami".

22 lipca, w dniu święta narodowego PRL – tak się złożyło – Edmundo uznał ostatecznie, że znajdujemy się w Vilcabambie, ostatniej stolicy Inków.

Rok 2017, lunch w drodze do Vilcabamby Kontynenty
Rok 2017, lunch w drodze do Vilcabamby

Vilcabamba po raz drugi

Jest rok 2017, wyruszam w podróż do Vilcabamby po raz drugi. Jakież to będą emocje! Najpierw długi lot, przez Paryż, skąd aż 12,5 godziny dalej; jako że nie śpię w niczym, co się rusza – wysiadłam w Limie nie w pełni fizycznie sprawna, a i umysłowo umęczona. Może dlatego w Cuzco po raz pierwszy przeżyłam soroche, chorobę górską, i trzeba było dotleniać mnie w klinice. Zmęczenie, a może już PESEL...? Ale przecie do Vilcabamby dotrzeć trzeba!

d1qggrx

Wynajęliśmy jeep nie tylko z kierowcą, ale także z kucharzem. Pojechaliśmy nieco inną drogą, dostępną dla odpowiedniego samochodu. Nie trzeba już było jechać przez tydzień na grzbiecie konia albo muła. Cała podróż, aż dokuczliwa dla mnie z powodu soroche, trwała ledwie dwa i pół dnia, łącznie z wycieczkami do Vitcos i Yarac Rumi, a również do San Francisco de la Victoria de Vilcabamba, gdzie przed 41 laty sfotografowałam na katolickim, barokowym ołtarzu inkaskie słońce z papier mâché, o czym pracujący tu teraz archeolodzy nie mieli pojęcia, więc im później, już z Polski, to zdjęcie wysłałam.

Pieczone świnki morskie – rewelacja! Zwłaszcza w porównaniu z tym, co jedliśmy w 1976 roku Kontynenty
Pieczone świnki morskie – rewelacja! Zwłaszcza w porównaniu z tym, co jedliśmy w 1976 roku

Droga wąska, pokrętna, nad przepaściami, co kilka kilometrów przeprawiamy się przez kamieniste rzeczki i strumyki, za to pejzaże wspaniałe. W południe kucharz w jakimś wyjątkowo ładnym miejscu rozkłada stolik, krzesełka, i podaje nam smakowity lunch, raz nawet wcześniej upieczoną świnkę morską. Rewelacja, zwłaszcza w porównaniu z tym, co niegdyś jedliśmy z Tonym i Edmundo. Trzeciego dnia pojawia się przed nami napis "Espiritu Pampa".

Czyli – jestem znowu w Vilcabambie!

Vilcabamba, rok 2017. Dzikowska przy kamieniu wotywnym w Świątyni Słońca Kontynenty
Vilcabamba, rok 2017. Dzikowska przy kamieniu wotywnym w Świątyni Słońca

Ale to już inna Vilcabamba, żadnej tajemnicy, wszystko na wierzchu. Przyzwoite ścieżki, niepotrzebne już maczety ani wycinanie drzew, by wpuścić światło dla zrobienia zdjęcia. Oglądam mur z kamiennymi rurami wodociągów, przechodzimy przez zadbany most i oto przed nami dziedziniec i Pałac Inków. Elegancko odsłonięty i przykryty dachem z blachy, pod nim fragmenty wykopalisk. Z prawej, w głębi, kilka osobnych zabudowań pałacu Sayri Inki, w których konserwator stara się przywrócić pedantycznie charakterystyczny róż dawnej polichromii. Odnajdujemy bez trudu Świątynię Słońca z kamieniem w kształcie czaszki; znowu robię sobie przy nim zdjęcie.
– Romku, a gdzie jest "Pałac z Niszami"?
– Chodźmy na Pampa Eromboni...

Z Romanem Warszewskim w „Pałacu z Niszami”, czyli Eromboni Pampa Kontynenty
Z Romanem Warszewskim w „Pałacu z Niszami”, czyli Eromboni Pampa

Muszę przyzwyczaić się do nowych nazw. Pampa Eromboni to to miejsce, do którego dotarł w 1911 r. Hiram Bingham i uznał, rozczarowany, że to nie może być Vilcabamba. My, czyli ja i Edmundo, znaleźliśmy tutaj najbardziej nas wówczas fascynującą budowlę. Była zarośnięta, ledwie widoczna, wodząc rękoma po murze, odkrywaliśmy w niej coraz to nowe nisze; w niektórych – stwierdził Profesor – zachowały się jeszcze resztki czerwonej polichromii. I teraz to najciekawszy – moim zdaniem – zabytek Vilcabamby. Lepiej od innych zachowany, bo po zajęciu miasta urządził sobie w nim kwaterę Martin Hurtado de Arbieto. Dzisiaj – też w niezłym stanie, a pozostawienie w niszach resztek natarczywej, jak to w dżungli, roślinności dodaje mu tajemniczego uroku.

Cuzco. Autorka włączyła się do obchodów Święta Miasta Kontynenty
Cuzco. Autorka włączyła się do obchodów Święta Miasta

I jeszcze ciekawostka. Po powrocie do Cuzco robiłam zdjęcia barwnych obchodów Święta Miasta, obchodzonego przez kilka dni w okolicach 24 czerwca. Brali w nim udział, ubrani na ludowo, studenci miejscowych uniwersytetów. W pewnym momencie dostrzegłam grupę jakby dostojniejszych uczestników i podeszłam do jednego z nich.
– Pan jest zapewne profesorem?
– Tak. A pani?
– Przyjechałam tu z Polski...
– Może zna pani profesora Mariusza Ziółkowskiego?
– Oczywiście, od lat. Jest także prezesem polskiego oddziału The Explorers Club.
– Pracuje tu z nami na Uniwersytecie i właśnie wydaliśmy razem książkę o Vilcabambie. Nazywam się Jean-Jacques Decoster.
– O Vilcabambie...? Jaki ma tytuł? Gdzie ją można kupić?
– W księgarni niedaleko kościoła Santo Domingo. To "Vilcabamba: entre arqueología, historia y mito".
Kupiłam. Przeczytałam. Przydała mi się. Dowiedziałam się z niej m.in., że w roku 2014 odbyło się w Cuzco seminarium "Los Reinos de Vilcabamba" dedykowane prof. Edmundo Guillénowi. Teraz czekam, co o mnie napisze Roman Warszewski. I o Vilcabambie. Moim zdaniem brak infrastruktury i odległość pozostawią ostatnią stolicę Inków poza głównymi szlakami turystycznymi Peru. Będzie jednak ciągle miejscem ważnym dla uczonych, głównie archeologów i historyków. Także pasjonatów. Cieszę się, że zobaczyłam ją po raz drugi.

W tle - Cordillera de Vilcabamba Kontynenty
W tle - Cordillera de Vilcabamba

Zoacz też: Elżbieta Dzikowska zachęca do podróży po Polsce

Gdyby nie to, że siedziałam w więzieniu…

*Agnieszka Wójcińska: Skończyła Pani w tym roku 80 lat. Czy Vilcabamba nie jest dla Pani za daleko…? *

d1qggrx

Elżbieta Dzikowska: Starość to według mojej definicji stan umysłu, niezależnie od wieku. Ja nie mam czasu na starzenie się. Ale gdy, lecąc z Peru, zbliżaliśmy się do lądowania w Warszawie - piorun trafił w nasz samolot. Wtedy postanowiłam, że więcej tam nie polecę, choć nie z powodu tej burzy. Byłam trzynaście razy, wystarczy. A latania nie lubiłam od pierwszej podróży do Chin, po czwartym roku studiów. Gdy pytają, czego się boję najbardziej - to mówię: chamstwa i turbulencji.

Jak to się w ogóle stało, że Pani, zwykła dziewczyna z Międzyrzeca Podlaskiego, ruszyła w świat?

- Na pewno nie było to genetyczne, bo w tamtych czasach nikt nie myślał o podróżowaniu w Międzyrzecu Podlaskim. Ale ja zawsze lubiłam poznawać. Miałam w sobie ciekawość wszystkiego - chodziłam i jeździłam na rowerze, gdzie się dało. Gdy przyszła wojna, mój tatuś został rozstrzelany przez Niemców na Zamku Lubelskim. Miałam 7 lat. Mamusia prowadziła herbaciarnię z ukrytym wyszynkiem, z czegoś musiała nas utrzymać. Mieszkaliśmy z nią i młodszym bratem u babci.
Jako piętnastolatka siedziałam w więzieniu za udział w tajnej młodzieżowej organizacji ZEW [Związek Ewolucjonistów Wolności], która szerzyła hasła antypaństwowe i antysowieckie. I to zaważyło na moich dalszych losach. Bo miałam kłopoty powięzienne - nie chcieli mnie na żadne studia przyjąć: ani na wymarzoną archeologię, ani dziennikarstwo, ani historię sztuki. A przyjechała wówczas do Międzyrzeca pewna dziewczyna, pamiętam tylko, że miała na imię Izabella, która miała tam krewnych i studiowała japonistykę. Powiedziała, że jest jeszcze trudniejszy kierunek - sinologia, na który co drugi rok przyjmują siedem osób. Pomyślałam, że może tam nie uznają mnie za niebezpieczną. I sama, szesnastolatka - bo moja mama to myślała, że jak zostanę pielęgniarką, będzie dobrze - wsiadłam w pociąg i zgłosiłam się do komisji odwoławczej. Profesor filozofii, Nowicki, wysłuchał mnie i doszedł do wniosku, że dla mnie żadnej przyszłości na tym Podlasiu nie ma. Pozwolono mi zdawać egzamin w dodatkowym terminie, we wrześniu i dostałam się na sinologię.

Na programie telewizyjnym "Pieprz i wanilia", który robiła Pani z Tonym Halikiem, wychowało się całe pokolenie podróżników. Wtedy wyprawy w daleki świat to była raczej sfera marzeń. Dziś, kiedy świat przed każdym stoi otworem, Pani odkrywa… Polskę.

- To moja pasja! Wyszły już cztery tomy "Grochu i kapusty", a teraz pracuję nad czwartą częścią "Polski znanej i mniej znanej". Właśnie wróciłam z powiatu wieluńskiego, gdzie zwiedziliśmy z moimi przyjaciółmi, dwoma historykami z Głowna, drewniane kościółki, niektóre z pięknymi polichromiami. Zobaczyliśmy jeszcze średniowieczne miasto Byczyna, otoczone murami jak Paczków i właściwie nieznane. Bardzo zaniedbane, ale to naprawdę perełka.
Tak, ma Pani rację, że świat dziś jest otwarty, jeżeli się ma zdrowie, czas i pieniądze. A Polska legła odłogiem. Kiedyś organizowano wycieczki, wczasy. A teraz? Postanowiłam pokazać Polskę Polakom i pomyślałam, że jeśli mieli zaufanie do mnie przy "Pieprzu i wanilii" to przeniosą je na "Groch i kapustę". I tak się stało, więc na brak zajęć nie narzekam.

Czy ukryty w dżungli inkaski Pałac Polonia przetrwał? Dlaczego magiczny Biały Kamień Inków jest szary? Jak smakuje świnka morska? Więcej opowieści z ekspedycji Elżbiety Dzikowskiej w 1976 i w 2017 roku do Vilcabamby czytaj w najnowszych "Kontynentach":

d1qggrx

Podziel się opinią

Share

d1qggrx

d1qggrx