Trwa ładowanie...
d2rumd6

Zbudował łódkę i przepłynął nią ocean. Wielki wyczyn Polaka

Żegluje od trzeciego roku życia, a od kilku lat samodzielnie buduje łodzie. Jako pierwszy Polak przepłynął odkrytokadłubową mieczówką "King of Bongo" Ocean Atlantycki. Oczywiście przedtem ją dla siebie zbudował. Poznajcie Olka Hanusza.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Nietuzinkowy geograf planuje obecnie rejs dookoła świata
Nietuzinkowy geograf planuje obecnie rejs dookoła świata (facebook.com/DinghyAdventures)
d2rumd6

Jakub Czajkowski: Jak wpadłeś na pomysł, żeby samodzielnie zbudować łódkę i popłynąć na niej przez Atlantyk?
Olek Hanusz: Zaczęło się od tej łódki "Black Betty", przy której właśnie siedzimy. Zbudowałem ją w 2008 roku. W sumie to ona nie należy już do mnie, ale to była ta moja pierwsza samodzielnie zrobiona. Pracowałem w firmie eventowo-żeglarskiej, organizowałem wyjazdy i pływałem jako skiper na jachtach. Udało mi się zobaczyć trochę świata dzięki temu – wiele razy Chorwację, Grecję no i dwa razy Karaiby. I to miejsce mnie najbardziej zafascynowało. Ale niestety te jachty, które prowadziłem, były bardzo monotypowe, nie miały jakiegoś specjalnego klimatu. Załogi, to byli ludzie którzy się wyrwali z kieratu korporacji itd., a mi się marzyło poznawanie lokalnych społeczności. I wiedziałem, że takie żeglowanie będzie się wiązało już z własną łódką, bo czarter na długi czas jest szalenie kosztowny. Wtedy przyszedł mail od Andrzeja Książyka z Salmo Boats, że właśnie projektuje małe łódki i oto jest projekt pierwszej z nich. Momentalnie się w niej zakochałem. Andrzej twierdził, że każdy jest w stanie taką zbudować, więc pomyślałem – czemu nie – trochę techniczny jestem, to dam radę. Fajnie byłoby mieć taką małą łódkę, którą można wsadzić na przyczepę i zabrać gdziekolwiek. Wtedy nie myślałem jeszcze, że takie łódki mogą pokonywać jakieś morza. Ale zbudowałem ją i zaciągnąłem w 2009 roku do Norwegii...

I jak się spisała?
Poszwendałem się z dziewczyną, Kasią Borecką, po fiordach i zobaczyłem, że łódka całkiem nieźle pokonuje fale. Uznałem, że byłaby w stanie pokonać wybrzeże Norwegii, trochę chowając się w fiordach a przy dobrej pogodzie wypływać na otwarte morze. Potem poznałem Filipa Sułkowskiego, który też zbudował taką łódkę i postanowiliśmy razem przepłynąć nimi przez Bałtyk. Jak uświadomiliśmy sobie, że to pierwsza tego typu wyprawa na odkrytopokładowych łódkach mieczowych po okresie PRL-u, to zaczęliśmy to trochę nagłaśniać. Następnie wybraliśmy się do Norwegii już w dłuższy rejs z Trondheim do Lofotów. W międzyczasie zacząłem myśleć, że w sumie taka lekka łódka byłaby w stanie przepłynąć Atlantyk, a potem jeszcze mógłbym nią pozwiedzać Karaiby. I pomysł przerodził się w plan zbudowania kolejnej łódki.

A nie łatwiej było kupić łódkę na miejscu, na Karaibach?
Teraz wiem że tak, ale wtedy kupienie jachtu morskiego wydawało mi się totalną abstrakcją. A wiedziałem, że budowę swojej łódki mogę rozłożyć w czasie, a jeśli rejs będzie odpowiednio ambitny, to korzystając z doświadczeń z dwóch poprzednich rejsów, zdobędę sponsorów, aby przynajmniej kupić materiały do jej budowy. Poza tym lubię konstruować, więc praca nad własną łódką sprawiała mi po prostu przyjemność. Ale teraz, kiedy myślę o swojej planowanej wyprawie dookoła świata, to już kupię łódkę, większą niż te nasze drobnoustroje...

Ile czasu zajmuje przepłynięcie Atlantyku?
Tzw. crossing, czyli ten najdłuższy skok przez Atlantyk trwał 19 dni i 8 godzin. Z Wysp Zielonego Przylądka na Martynikę. No, starałem się płynąć szybko... Średnio wyszło 113 mil dziennie.

Ale w sumie to nie było cię w domu dłużej...
Od startu w Lizbonie do zostawienia łódki na Antigui minęło 14 miesięcy. Na jeden miesiąc przyleciała do mnie moja dziewczyna Aneta i zwiedzaliśmy sobie razem Karaiby. Ale w międzyczasie podejmowałem się jeszcze różnych prac szkutniczych i skiperowania. A później popłynąłem przez Atlantyk jeszcze raz, setką z Adamem Hamerlikiem. To zajęło 3 miesiące, a potem jeszcze byliśmy 7 miesięcy z Anetą na Karaibach. Więc łącznie nie było mnie w domu 2 lata.

Zastanawiałeś się, co będzie po powrocie?
Szczerze mówiąc to przed i podczas wyprawy to nie bardzo. Wiedziałem, że nie chcę skończyć w jakichś pracach, jakie podejmowałem przed wyprawą. Byłem np. kurierem albo kierowcą taksówki. Przez te podróże to na pewno wypadłem z klasycznego obiegu na rynku pracy. Nie bardzo też już chciałem wracać do tych eventów żeglarskich. Poza tym, już od jakiegoś czasu funkcjonuje coś takiego jak zawód "podróżnik". Jeśli jesteś w jakiejś dłuższej podróży i jest ona odpowiednio ciekawa i ambitna, to możesz ją tak dokumentować, aby później z tego sobie żyć. Nowe możliwości stworzyły Youtube, Patronite itd. Ale to nie jest też moim celem. W trakcie mojej podróży używałem tych środków, aby się odwdzięczyć moim sponsorom, ale tak naprawdę jeśli się jest mocno zaangażowanym w podróż, to po prostu jest mało czasu na pisanie na bieżąco i dokumentowanie jej. Przestaje się czerpać z niej pełną przyjemność, bo trzeba się skupiać na tym, co wrzucić do internetu. Osobiście czuję się po prostu żeglarzem-podróżnikiem - lubię docierać do różnych miejsc od strony wody. Jak płynąłem przez ocean drugi raz, to pojawił się pomysł otworzenia własnej szkutni.

Co bierze się w samotny rejs przez ocean?
Przede wszystkim odpowiednią ilość słodkiej wody. Razem z zapasem trzeba liczyć 3 litry na dobę – 2 litry powinno się pić, a litr trzeba liczyć na cele gospodarcze – mycie, płukanie naczyń itp. Do tego zapas jedzenia. Ja nie miałem liofilizatów, tylko gotowałem sobie. Czasem to było mocno uporczywe – fale, choroba morska, mokro, gorąco... Wtedy na serio nie chce się gotować. Do tego cały sprzęt żeglarski, nawigacyjny, dużo e-booków i filmów...

Opowiedz coś o "King of Bongo".
To jest projekt Andrzeja Książyka, tak jak moja pierwsza łódka "Black Betty", zrobiony na moje zamówienie i dostosowany do moich wymiarów. W zamierzeniu miała być odkrytopokładowa i mieczowa, bo wiedziałem, że rejs taką to jest nisza, która nie została jeszcze wypełniona. No i spotka się z zainteresowaniem medialnym. Ma 6,5 m długości i jest klasycznym kutrem gaflowym. Andrzej projektuje ładne łódki, inspirując się jednostkami z obszaru Kanału Angielskiego i Wysp Brytyjskich. "King of Bongo" ma taki "szalupowy" styl. Jest dość spartańską łódką, ale kwestie bezpieczeństwa są na niej doskonale rozwiązane.

    *

Jak wyglądało życie na niej?
Trochę upiornie, choć na początku jeszcze znośnie. Wiesz, masz taki nowy domek, a raczej małą przyczepę campingową na wodzie. Taki morski namiot. Człowiek się męczy takim ciągłym życiem pod namiotem. Wewnątrz są komory wypornościowe, przeznaczone tylko na zakręcone puste butelki stanowiące tę barierę bezpieczeństwa. Reszta przestrzeni jest wykorzystana na bakisty na zapasy, a więc miejsca dla człowieka jest mało. Wchodzisz do tej pseudokabiny, od razu musisz usiąść i masz kolana pod brodą. Więc funkcjonujesz trochę jak małpa. Po dłuższym czasie jest to męczące.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem?
Tak, nie było jakichś niebezpiecznych sytuacji ani awarii. Raz strzeliła jedna z linek trzymających bom, więc musiałem się wspiąć na maszt i to naprawić. Było to trochę ekstremalne. Ale trzeba być też przygotowanym na takie sytuacje, mieć narzędzia do podstawowych napraw i umieć je zrobić samodzielnie.

Działasz outsidersko i dzięki temu stałeś się rozpoznawalny w żeglarskim świecie?
Trochę tak, bo nie ma jeszcze takiej dziedziny w żeglarstwie jak my z Filipem zrobiliśmy – pływanie małymi mieczowymi łódkami po morzach. Były jakieś rejsy na jachtach mieczowych, ale kabinowych. Trzeba też było trochę rozkręcić to przedsięwzięcie medialnie, aby zyskać sponsorów na budowę łódki. Po drodze wszyscy zwracali uwagę na "King of Bongo". Najczęściej jak widzieli już naklejki sponsorów na burcie, to wiedzieli co jest grane. Pytali, czy "tym" przepłynąłem Atlantyk. Ale aspekt bycia sławnym nigdy nie był wiodącym. Wiem, że nie wszyscy musieli o mnie słyszeć. Z drugiej strony jak ktoś mnie rozpoznaje, to szalenie mi miło.

Czyli stałeś się specjalistą od pływania "łupinkami".
Można tak powiedzieć. Zbudowałem "Black Betty" na której wybrałem się w 2011 r. w rejs przez Bałtyk (Dinghy Baltic Passage), a potem na wyprawę z Trondheim do Lofotów (Dinghy Polar Expedition) w 2012 r. Obie te wyprawy zostały wyróżnione na gdyńskich Kolosach. Już wtedy marzyłem o Atlantyku, ale zbudowanie kolejnej łódki " Kingo of Bongo" zajęło trochę więcej czasu. Udało mi się wyruszyć w oceaniczny rejs (Dinghy Atlantic) w 2015 r.

Odnalazłeś się jako szkutnik?
Tak, zawsze byłem ogarnięty technicznie. Jeździłem starymi furami i sam sobie je remontowałem. Teraz mnie kręcą jachty. Budując łódki polubiłem bardzo pracę z drewnem, ze sklejką, żywicami itp. Jak widzisz efekty swojej pracy, że to co zrobiłeś naprawdę jest w stanie pokonać ocean, to wierzysz w swoje możliwości. Wcześniej też pracowałem jako szkutnik w fabryce motorówek na Żeraniu – podłapałem tam trochę nowych umiejętności. Potem remontowałem zabytkowy kuter z 1933 r. w Lizbonie i jeszcze na Karaibach robiłem generalne remonty wielu jednostek. Ale największą przyjemność sprawia mi budowanie łódki od podstaw. Tutaj w "Szkutni Wisła" skupiamy się na małych jednostkach – chcemy zapełnić tą lukę na warszawskich wodach. Marzy nam się, aby Wisła odżyła, żeby w sezonie pływało po niej więcej jednostek.

Jakie masz plany na przyszłość?
Myślę o wydaniu książki. Nawet coś już zacząłem robić – obrabiam swoje blogi z podróży i dziennik, który prowadziłem. Prawdopodobnie jesienią coś powstanie. A jeśli chodzi o rejsy, to marzy mi się rejs dookoła świata i zamieszkanie na jachcie na przynajmniej kilka lat. Nie będę się wtedy spieszył – bo dla mnie żeglarstwo to środek do celu. Ale nie chcę z tym czekać do emerytury i na sto procent nie usiedzę na tyłku do tego czasu.

Zobacz też: Wakacje first minute. Oto zalety wcześniejszych rezerwacji

Szukasz okazji zakupowych? Sprawdź naszą stronę Groupon kupony rabatowe.

d2rumd6

Podziel się opinią

Share

d2rumd6

d2rumd6