Pracują z dala od wszystkich. Niektórzy im zazdroszczą, inni nie rozumieją
Twierdzą, że mają pracę marzeń. Choć są na nogach od świtu do zmierzchu, tygodniami nie wracają do domów, a wszystkie obowiązki wykonują w błyskawicznym tempie. Wielu zazdrości im widoków, atmosfery, klimatu i pasji.
Artykuł jest częścią letniej edycji cyklu Wirtualnej Polski "Jedziemy w Polskę". Wszystkie reportaże publikowane w ramach akcji są dostępne na jedziemywpolske.wp.pl.
Szczyt sezonu. Pakuję się i jadę do jednego z najpopularniejszych schronisk nie tylko w Tatrach, ale i w całej Polsce - Schroniska PTTK nad Morskim Okiem. W tym roku zostało ono nagrodzone drugim miejscem w konkursie na najlepszy górski obiekt noclegowy PTTK, a wyprzedziło je jedynie schronisko na Przysłopie pod Baranią Górą.
Kultowe miejsce z ciekawą historią
Obiekt nad Morskim Okiem w sezonie turystycznym odwiedzają dziennie tysiące turystów. Przychodzą lub przyjeżdżają fasiągami, aby kontynuować wyprawę w dalsze części Tatr Wysokich lub po prostu spędzić czas nad jednym z najpiękniejszych górskich jezior. W znajdującym się nieopodal tafli wody schronisku, w miesiącach wakacyjnych zatrudnionych jest ok. 35 osób, po to, aby spełnić wszystkie oczekiwania turystów. Ich praca nie jest łatwa. Zgodnie jednak twierdzą, że nie chcieliby zamienić jej na inną.
- Tak naprawdę, przyszłam tu za karę - mówi śmiejąc się w głos pani Maria, kierowniczka schroniska. Historia połączenia jej i tego 117-letniego obiektu jest bardzo ciekawa. - Sama sobie w sumie wymyśliłam taką karę, po oblaniu matury z matematyki. Przyszłam tu początkowo na miesiąc do pracy, a później, życie tak się potoczyło, że zdałam maturę, skończyłam studia, a ta "kara" wciąż trwa. Teraz mogę powiedzieć, że zamieniła się w nagrodę - tłumaczy Maria Łapińska.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Oblężenie Tatr. Gigantyczne tłumy na popularnym szczycie
Powojenna historia schroniska jest nieodłącznie związana z nazwiskiem rodziny Łapińskich. Początkowo schronisko prowadzone było przez Wandę i Czesława Łapińskich. Potem do 1985 r. zarządzał nim ich syn, a mąż pani Marii - Wojciech. Po jego śmierci stery przejęła właśnie pani Maria, której teraz pomagają dzieci - córka Patrycja i syn Jakub.
- Tyle tutaj przeżyłam... zarówno radosnych i szczęśliwych chwil, bo to tutaj zaczęłam rodzić mojego syna. Wody mi odeszły o siódmej rano. W końcu ok. dziewiątej przyleciał helikopter i zabrał mnie do szpitala. Były także tragedie, a największa to ta z 2003 r., kiedy lawina porwała grupę młodzieży, próbującą zdobyć Rysy. Pamiętam, że przyjechałam tutaj w nocy i panowały okropne warunki pogodowe. Padał ciężki śnieg. Rano dowiedziałam się, że młodzież poszła na Rysy, a później przyszła ta dramatyczna wiadomość - mówi pani Maria, wspominając tragiczną śmierć dziewięciu osób w lawinie.
- Tylu wielkich gości przyjęłam. Nawet samego papieża Jana Pawła II, byli tutaj Fidel Castro, przywódca Kuby, książę Karol, nasze władze tu przyjeżdżały ciągle - Gomułka, Cyrankiewicz - wymienia pani Maria.
Spędzają poza domami całe dnie, tygodnie, miesiące
System pracy w schronisku od zawsze, wygląda tam tak samo. Wszystkie osoby pracują po 10 godzin dziennie, ale nad Morskim Okiem spędzają kilka dni, tygodni lub miesięcy bez przerw.
- Pierwszy raz pracowałem tutaj w ubiegłym roku. To już mój drugi sezon. Przyjeżdżam na miesiąc. Odcięcie od rodziny, przyjaciół, znajomych jest ciężkie, pozostaje tylko kontakt telefoniczny, ewentualnie internetowy, ale inne rzeczy zdecydowanie to rekompensują - przyznaje Karol z Lublina, który pracuje w sklepiku, znajdującym się w schronisku.
- Każdy może wybrać dni, kiedy wraca do domu, a tak to śpi tutaj. Wszystkim zapewniamy transport z Palenicy Białczańskiej, choć są osoby, które chcą przejść się pieszo - tłumaczy pani Maria. - Trzeba przyznać, że praca jest bardzo ciężka. Nie ma stanowiska, na którym można się obijać. Są cały czas na maksymalnych obrotach - dodaje.
Nie da się z tym nie zgodzić. Obserwuję pracę kucharek i osób przyjmujących zamówienia. Są tak zajęte, że nie chcą rozmawiać. Wykonują wszystkie czynności w ekspresowym tempie, aby zdążyć obsłużyć wszystkich klientów. Jeśli ktoś był choć raz latem nad Morskim Okiem, wie, z jakimi tłumami mają do czynienia. Zamówiony obiad dostaję po upływie zaledwie czterech minut. Więcej czasu zajmuje mi znalezienie wolnego miejsca, aby usiąść. Podobnie jest dzień później ze śniadaniem. Posiłek jest do odebrania w siedem minut.
Aby w restauracji głównej schroniska i w sklepiku nie tworzyły się aż tak długie kolejki, przed budynkiem znajdują się stragany, na których kupić można wodę, kanapki, popcorn czy piwo. To ostatnie Polacy kupują bardzo chętnie. Dziennie sprzedawane jest ok. pięciu trzydziestolitrowych beczek piwa. Fanów tego trunku nie odstrasza nawet cena - 18 zł za pół litra (22 zł z sokiem).
Choć w kwestii cen, jak zwykle, zdania są podzielone. - Nad morzem tyle samo. Jesteśmy w schronisku, ceny normalne - mówią turyści. Są jednak i tacy, których cennik zbulwersował. - Widzieliście te ceny? Przecież one mogą zabić! - krzyknęła jedna z turystek. - Herbata 13 zł! Kawa dwie dychy! Chyba powariowali - dodała inna.
- Niektórzy nic nie mówią, inni tylko wzdychają, ale są tacy, którzy jak usłyszą cenę, to odchodzą, ale często też słyszymy, że są miejsca w Polsce, gdzie jest drożej. Koszty, jakie generuje takie schronisko, są bardzo wysokie, więc ceny muszą takie być - powiedział Karol.
Turyści nad Morskim Okiem
Stare i nowe schronisko oraz gazdówka są w stanie pomieścić łącznie ponad 100 osób. Do tego dochodzą tłumy w restauracji, które wpadają na chwilę. Czy ktoś narzeka?