WP

Chińczycy w Polsce - co zwiedzają, gdzie jedzą i czego się boją?

W ubiegłym roku aż 72,6 tys. turystów z Chin przyjechało do Polski, a tendencja jest wzrostowa. Mieszkańcy Państwa Środka nad Bałtykiem zwiedzają największe polskie miasta i rezerwaty przyrody, a na pamiątkę kupują: bursztyn, wódkę i souveniry związane z Chopinem. Co wzbudza w nich zachwyt, czego boją się zjeść oraz z kim najchętniej się fotografują? O tym opowiedział Wirtualnej Polsce Michał Maj, przewodnik, który od kilku lat oprowadza po polskich miastach grupy z Chin.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Chińczycy w Polsce - co zwiedzają, gdzie jedzą i czego się boją?
(archiwum Michała Maja)
WP

W ubiegłym roku aż 72,6 tys. turystów z Chin przyleciało do Polski, a tendencja od lat jest wzrostowa. Mieszkańcy Państwa Środka nad Bałtykiem zwiedzają największe polskie miasta i rezerwaty przyrody, a na pamiątkę kupują: bursztyn, wódkę i souveniry związane z Chopinem. Co wzbudza w nich zachwyt, czego boją się zjeść oraz z kim najchętniej się fotografują? O tym opowiedział Wirtualnej Polsce Michał Maj, przewodnik, który od kilku lat oprowadza po polskich miastach grupy z Chin.

WP: Przewodnik, który oprowadza turystów w języku angielskim czy niemieckim to praktycznie standard, ale w chińskim to chyba coś wyjątkowego?
Faktycznie, jest nas niewielu. Zdarza się, że grupa polska chce być przeze mnie oprowadzona, tylko dlatego, że pragną poznać przewodnika, który mówi po chińsku. Bywa również i tak, że podczas oprowadzania przypadkowi turyści zadają pytanie: jaki to język i jak to w ogóle możliwe, że to chiński. Dla Chińczyków też jestem atrakcją samą w sobie, gdyż wizja z fonią im się nie nakłada. To tak, jakby pojechała pani do Chin i spotkała tubylca - przewodnika, który mówi po polsku. Zawsze chwilę trwa, zanim się przyzwyczają, że biała osoba mówi po chińsku.

WP: Co jeszcze, poza panem, dziwi Chińczyków w Polsce?
Wszystko. Często jest tak, że przyjazd do Polski nie jest ich pierwszym wyborem. Lecąc do Europy, chcą głównie zobaczyć Londyn, Paryż, Rzym. Tak samo jak my, jadąc do Chin w większości wybieramy: Szanghaj, Pekin, a nie Yunnan, mimo że to jedna z najpiękniejszych prowincji. Polska jest często dla Chińczyka jedną z ostatnich opcji do wyboru. Myślą błędnie, że spędzą tu 2-3 dni i obejrzą sobie wszystko. Bo co im kojarzy się z naszym krajem? Starsze pokolenie zna Wałęsę, ale też nie wszyscy. Gdzieś im świta nazwisko Skłodowskiej-Curie, ale myślą, że to Francuzka. Tylko z Chopinem nie ma tego problemu - wiedzą, że to Polak. I tak naprawdę to wszystko.

WP

WP: Ale przecież Polacy też nie znają historii każdego państwa, do którego jadą na wakacje.
Tak, to prawda. Nie można generalizować. To jest tak zróżnicowany naród, że zawsze potrafi zadziwić. Oczywiście, są pewne chińskie przywary, które pojawiają się z dość dużą regularnością, niezależnie od tego, skąd dany Chińczyk jest. Na przykład - targowanie. Mówi się, że to Żydzi Azji i faktycznie potrafią "robić" pieniądze i targują się wszędzie i o wszystko. Co ciekawe, wiedzą też, że przylgnęła do nich taka łatka, tylko że o narodzie wybranym wiedzą niewiele. Więc Chińczyk, dla którego poprawność polityczna jest terminem raczej obcym, potrafi spytać: „Panie Maj, a jak rozpoznać Żyda na ulicy?”. I gdy próbuję wyjść jakoś z tej sytuacji, Chińczyk idzie za ciosem wskazując przypadkowego przechodnia i pyta: „To ten?”. Zawsze mnie zaskakują.

WP: Na przykład czym?
Podchodzi uczestnik wycieczki, który wcześniej za bardzo się nie udzielał, i chce porozmawiać ze mną o „Dekalogu” Kieślowskiego i zna „Nokturny” Chopina. Później ktoś inny chciałby dokładnie wiedzieć, w którym miejscu Günter Grass opisywał konkretne zdarzenie w „Blaszanym bębenku” lub gdzie jest ta piękna wioska Zalipie. Spotkanie z takim turystą jest bardzo satysfakcjonujące zawodowo, ale na drugim biegunie mamy też Chińczyka, który nie wie, kim był Jezus.

WP: Czyli są też trudni?
Zawsze, jak rozmawiam z kolegami i koleżankami po fachu, którzy narzekają na niezdyscyplinowanie Hiszpanów, Włochów, Greków, to wiem, że nie doświadczyli żywiołu chińskiego. Podstawowa różnica jest taka, że Chińczyk paradoksalnie jest indywidualistą. On nie będzie słuchać za długo tego, co przewodnik ma do powiedzenia, on zawsze musi zrobić coś nagle, pod wpływem impulsu, gdzieś pójść i zrealizować swój zamiar. Zazwyczaj wycieczka wygląda tak, że ja jestem z przodu i kilka osób mnie słucha lub ze mną rozmawia, a za nami jest korowód, który robi zdjęcia, zaczepia ludzi, głaszcze pieski i wchodzi w zaułki na zakupy. Informowanie ich, że się zgubią lub sprawią, że grupa się spóźni, w ogóle ich nie interesuje. Jednak trafiały się grupy bardziej karne i posłuszne od Niemców czy Japończyków.

WP: Mimo wszystko opis pracy z nimi brzmi jak fajne doświadczenie.
Dla mnie każda grupa jest wyzwaniem i uważam, że zawsze trzeba zachować pokorę. W naszym zawodzie najważniejsze jest podejście do człowieka. Wielokrotnie zdarzało mi się widzieć pod Bramą Wyżynną w Gdańsku przewodnika, który opowiadał historię, a dzieci w tym czasie dłubały w nosie i słaniały się na nogach. Wie pani, jakie jest moje wspomnienie przewodnika z czasów szkolnych? Nudziarz - terrorysta. Z przewodnikiem jest jak z nauczycielem – dobrego zapamiętuje się na lata.

WP

WP: By Chińczycy dobrze pana zapamiętali, to trzeba im coś pokazać. Gdzie najchętniej ich pan zabiera?
Chińczycy mają zapędy megalomańskie. Lubią być oprowadzani po miejscu, w którym coś jest największe lub najstarsze, a z drugiej strony są niezwykle wyczuleni na detale i drobne smaczki. Są zachwyceni Bazyliką Mariacką w Gdańsku, Wielkim Młynem, Bramą Żuraw czy zamkiem w Malborku. Podobają im się też stare dzielnice, jak Wrzeszcz czy Oliwa. W Warszawie lubią Pragę i Śródmieście Południowe, ale przede wszystkim atmosferę i ludzi. Uwielbiają obserwować ich na Krakowskim Przedmieściu, w Hali Mirowskiej czy na Kole. Zawsze podkreślają, że Polacy są piękni. Jak widzą eteryczną blondynkę o długich nogach i bladej cerze, to od razu aparat idzie w ruch. W restauracjach robią sobie zdjęcia z kelnerkami, a jak zdarzy się młody kierowca autokaru, to Chinki adorują go do końca wycieczki. Historia miasta interesuje ich, ale w pewnym ograniczonym zakresie. Pytają mnie, jak spędzamy czas, czym się zajmujemy, gdzie chodzimy. Jak pokazuję im album z fotografiami znanego polskiego artysty, to doceniają piękno, ale
najchętniej od razu poznaliby autora zdjęć, bo ludzie są dla nich ważni.

Podziel się

WP: Co jeszcze, poza ludźmi, podoba im się w Polsce?
Autentyczność. Są zawsze zaskoczeni tym, że Polska jest tak bogata i różnorodna. Są zdziwieni, że mamy tu sporo dużych miast, ale z drugiej strony dziwi ich to, że największe miasto w Polsce ma tylu mieszkańców, co u nich pierwsza lepsza wioska. Zawsze jestem ciekaw, co im się najbardziej podoba i w odpowiedzi słyszę, że żadne miasto ich tak nie zauroczyło, jak nasza sielska prowincja. Chińczycy strasznie zdegradowali swoje środowisko naturalne. W większości dużych miast w Chinach, poza szczurami, nie ma dzikich zwierząt, a przelatujące ptaki to święto. Gdy widzą nad polskim morzem mewy, łabędzie czy kaczki, to są pełni zachwytu.

WP: Wiewiórki w Łazienkach Królewskich, obok których my przechodzimy obojętnie, są pewnie dla nich nie lada atrakcją?
O tak, wiewiórka zdecydowanie wygrywa w przedbiegach z Pałacem na Wodzie. Trzy wiewiórki gwarantują minimum godzinną sesję fotograficzną.

WP

WP: *Wynika z tego, że są bardziej zdziwieni niż my na safari. *
Trochę tak jest. Są absolutnie oszołomieni przyrodą i tym, że drewniana _ chëcz _ może mieć więcej niż 100 lat. Aktualnie w Chinach, jeśli coś jest stare, to należy zastąpić to nowym. Gdy jedziemy autokarem, to bez przerwy fotografują widoki za oknem, szczególnie wiosną na Żuławach. Proszą wtedy, by zatrzymać samochód, bo chcą zrobić sobie zdjęcia w polu pełnym maków czy rzepaku. Ochrona środowiska to dla nich wartość, którą dopiero zaczynają odkrywać. Byłem kiedyś z grupą studyjną na Podlasiu. Widząc tamtejszą przyrodę i zwierzęta, zachowywali się, jakby byli w Parku Jurajskim - z jednej strony przerażenie, a z drugiej istny zachwyt.

WP: Jest coś, co im się tu nie podoba?
Tak. Chińczycy nie lubią pustych miejsc w knajpach. Ich to przeraża. My często wolimy iść gdzieś, gdzie jest cisza i spokój, a dla nich w restauracji musi być gwarno, szybko i smacznie, a kelner ma być na pstryknięcie palców. Chińczyk jest przyzwyczajony do ekspresowego tempa obsługi, a na jedzenie nie lubi czekać dłużej niż 10-15 minut. Wolna obsługa potrafi zepsuć im cały dzień. Ponadto, nie lubią, jak kelner wręcza każdemu z osobna menu i pyta, na co Chińczyk ma ochotę. A skąd on ma wiedzieć? On chciałby spróbować wszystkiego! I z reguły tak to się kończy, że na stole lądują bigos, pieczeń, pierogi, waza borowikowej i każdy Chińczyk może wtedy dowolnie kosztować i wybrzydzać.

WP: Zdarza się, że coś im nie smakuje lub w ogóle nie chcą spróbować?
Są sytuacje, w których niektóre potrawy ich dziwią, np. makowiec. „Mak? Ja mam to jeść? Przecież to opium – zakazane!” Wtedy tłumaczę im, że to tylko takie ciasto i nie muszą się niczego obawiać. Podchodzą do tego z rezerwą, próbują, a potem oczywiście robią zdjęcia. Chińczyk, ogólnie, jak przychodzi do restauracji, to robi wszystkiemu zdjęcia i wysyła znajomym. Z rezerwą podchodzą również do wódki, ale nigdy nie spotkałem Chińczyka, który nie chciałby spróbować kiełbasy czy kabanosa. Jednak, jeśli chodzi o alkohole, to najbardziej smakują im słodkie nalewki i miody pitne. Generalnie lubią polskie, przydrożne karczmy drewniane i atmosferę biesiady. Dodatkowo, jak jest kapela i gwar, to mogą zostać do rana, a jak jeszcze odbywa się wesele, to już jest w ogóle szał, bo to okazja, by obfotografować pannę młodą!

WP: Że jest wesoło, to już wiemy, a zdarzają się sytuacje trudne?
Trudne są wtedy, kiedy się gubią lub spóźniają. Próba zebrania ich wszystkich razem to jedna z najgorszych rzeczy na świecie. W czasie wolnym mógłbym przecież ich zostawić i iść sobie na kawę. Mógłbym, ale nie jest mi to dane, bo jeśli usiądę, to za 5 minut zobaczę Chinkę, która macha do mnie ze stu metrów i prosi, by pomóc jej kupić coś w aptece. Za chwilę ktoś zadzwoni ze sklepu, że kupuje 15 par butów i czy może dostać z tego tytułu rabat. A w międzyczasie zaczepi mnie Chińczyk, który robi zakupy u jubilera i zauważył, że może uzyskać zwrot podatku, więc trzeba mu pomóc przetłumaczyć formularz.

WP

WP: To faktycznie może zmęczyć. Ale, jak już ich pan oprowadzi i pomoże we wszystkich tarapatach, to zdarza się, że po latach znowu się spotykacie?
Pewnie, że tak. Często odzywają się do mnie i znowu ich oprowadzam, i zawsze zapraszają do Chin – są bardzo gościnni. A jak Chińczyk już kogoś pozna i ta osoba mu się spodoba, to można być pewnym jego dozgonnej wierności.

Polub WP Turystyka
WP
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP