Symbol pierwszych chrześcijan, czyli ryba, to jeden z bardziej ulubionych zwierzęcych motywów na ściennych malowidłach domów Efezjan
Symbol pierwszych chrześcijan, czyli ryba, to jeden z bardziej ulubionych zwierzęcych motywów na ściennych malowidłach domów Efezjan (Kontynenty)

Gdzie starożytny mędrzec piechotą chodził, czyli krótki przewodnik po ruinach Efezu

Słońce odbijało się od pozłacanego pomnika Matki Boskiej, oślepiając przy okazji kierowcę. Wiózł nas przez górskie serpentyny Turcji z dużą wprawą i mimo zaślepienia wiedział, kiedy skręcić, żeby nie wypaść z drogi i nie sturlać się w zieloną przepaść, do której i tak zmierzaliśmy. Na jej końcu znajdowały się bramy starożytnego Efezu
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Przed wiekami dobijały tu statki Rzymian i Greków. Dziś po morzu i dopływającej do niego rzece zostało jedynie wspomnienie i rzeźbienia kolumn przypominające fale. Ale jeśli dobrze wpatrzeć się w horyzont, to i wodę uda się zobaczyć. Do Morza Egejskiego w prostej linii będzie stąd jakieś 60 km. Efez wita niezachęcająco, ot, kamienie lub kawałki pojedynczych murów, nie na tyle jednak wysokich, by obudzić w sobie cień i uchronić przed palącym słońcem. "Uciekać!", taki rozkaz wydał mi mózg, ale strzepnęłam go z głowy, jak pył poderwany właśnie z ponadtysiącletnich kamieni przez lekki podmuch wiatru. Staliśmy na kamienistym deptaku ułożonym bardzo skrupulatnie przez kogoś przed wiekami, przewodnik opowiadał, którędy poprowadzono rury, żeby dostarczyć wodę do miasta, którędy odciągano stąd deszczówkę i dopiero wtedy dotarło do mnie, że patrzę na miasto przemyślane od podszewki. Nie wybudowano tu bowiem budynków na łapu-capu, lecz rozbudowa portu miała swój logiczny początek i koniec. Spojrzałam w głąb glinianej rury wystającej z krawężnika wprost na wyżłobienie chodnika pomagające spływać nadmiarowi wody i wyobraziłam sobie przechodniów w starożytnych togach i lejących się sukniach, których stopy w rzemykowych sandałach pozostawały suche, bo ktoś o tym pomyślał.

Źródło: Kontynenty / Jakub Rybicki / Po bibliotece została jedynie fasada, jak okładka po książce

Uliczka Portowa, szeroka na najwyżej 5 m, opadała lekko w dół i bok i nie było jeszcze widać, co kryje się za zakrętem. Wydawało się, że dalej nic, tylko znów pojedyncze kamienie, kolumienki, ukruszone samotne mury, pył, kurz i duchy budynków. Wystarczyło jednak skręcić nieco w lewo, zeskoczyć z wysokiego progu zdobionego bramą Herkulesa, przy którym resztki pomnika leżącej Nike, by ujrzeć prawdziwe miasto – aleje, domy i majaczącą w fatamorganicznym słońcu bibliotekę Celsusa, najwyższy budynek poza świątynią Hadriana położoną nieopodal.

– Hola, hola – przewodnik przystopował tych, którzy wyrwali się, żeby obfotografować strzeliste kolumny budynku.
– Do biblioteki jeszcze dojdziemy. Najpierw bardziej przyziemne miejsca. Tu – palec wycelował w mury po prawej – mieściły się kiedyś restauracja za restauracją.
Właściwie to pozostały jedynie mury połączone ze sobą jak żołnierze ramionami, ale wyobraźnia już dostarczała zapachów i dźwięków tłukących się naczyń. Do tego stopnia, że zaburczało mi w brzuchu.
– Jeśli dla kogoś nie było akurat miejsca, mógł poczekać na zewnątrz i zagrać w gry – przed niemal każdym budynkiem widniały wmontowane na amen kamienne płyty na dwóch grubych nogach z piaskowca. Czas już dawno zatarł kształty na stałej planszy, ale sam fakt, że ktoś dotykał jej, kiedy Polski nie było jeszcze w planach, stawiał mi włoski na skórze.

Restauracje ciągnęły się uliczką dobre kilkanaście metrów. Doszło do mnie, jak mądrzy byli Efezjanie. Nie zamykali się w domach, odgradzając tym samym od nieoczekiwanego spotkania ze znajomym/nieznajomym, lecz pałaszowali posiłki w towarzystwie, dbając tym samym o zdrowie nie tylko psychiczne. Ich niechęć do gotowania była tak silna, że w swoich kwaterach nie mieli pomieszczenia typu kuchnia. Tak jak nie było toalety, bo i po co paskudzić sobie dom. Latryny znajdują się zaraz za ciągiem restauracji, co jest nie tylko ciągiem logicznym, ale i zapewne uratowały przed nieszczęściem niejednego, któremu podano np. niezbyt świeżą rybę. Nie są to jednak pojedyncze kajuty, o nie, również tu Efezjanie nie odgradzali się od bliźniego. Siadywali ramię w ramię, każdy na swoim miejscu i relaksując się rozmową, robili swoje, które spadało później kilka metrów niżej, a system nawadniania i kanalizacji wiedział już doskonale, którędy wyprowadzić niechciane z miasta. Wszystko działo się pod chodnikami, żeby oczu ludzkich nie kalać. Chociaż nic, co człowiecze, obce człowiekowi nie jest, to jednak dbano o estetykę nie tylko okolicznej architektury. Co prawda, to nie jego słowa, a Terencjusza, ale oczyma wyobraźni widziałam siedzącego na jednym z miejsc filozofującego Heraklita, który właśnie stąd.

Źródło: Kontynenty / Jakub Rybicki / Kiedy stoi się pod sklepieniem biblioteki w Efezie, ma się wrażenie, że nie ma ono końca

Jeśli po restauracjach i budynkach bazaru, które również blisko nich (bo po co nosić zakupy z drugiego końca miasta?!), pozostały pojedyncze mury lub same kolumny niegdyś podtrzymujące rzeźbione sklepienia, to latryny były w o wiele lepszym od nich stanie. Wydało mi się to jakoś bardzo wymowne. Być może dzięki ścianom z bardzo masywnego kamienia, być może dlatego, że nawóz konserwuje nie tylko ziemię, przetrwały trzęsienie ziemi w III wieku n.e., a potem kolejne w VII wieku, najazdy Gotów i zamulanie się miasta z powodu stopniowego odsuwania się morza. Gorzej było z budynkami mieszkalnymi wmontowanymi w przeciwległą skarpę. Kiedy archeolodzy zaczęli przegrzebywać ziemię porośniętą zielenią, odkryli najpierw pojedyncze kawałki kolumn, później ściany, a potem połączone z nimi następne, następne i następne, i dziś chodzi się w prawdziwym mieszkaniowym labiryncie. Ale bez dachu. Co prawda, zadaszenie być musi, żeby chronić przed słońcem i wilgocią malunki ścienne, jednak jest ono nowoczesne i prowizoryczne, sprawiając tym samym wrażenie matrixu przeszłości z teraźniejszością. Również z powodu rusztowania i schodów zrobionych z metalu, nijak nie komponujących się z rysunkami bogiń, bogów, lwów i bardzo częstych winogron zdobiących nie tylko ściany, ale również podłogi. I tu znów odezwał się duch estetyki Efezjan, pragnących żyć w harmonii z naturą, otaczając się pięknem wszędzie, gdzie tylko to możliwe.

W porównaniu z taką np. ulicą Marszałkowską w Warszawie, oblepioną krzykliwymi reklamami, ze sklepowymi wystawami ze wszystkim "co popadnie". Być może ówczesnym posążki, malunki i pomniki również nie przypadały do gustu, ale jak szeroka to gama estetyczna, widać w oddalonym o kilka kilometrów Muzeum Efezu. Żeby dobra z kamienia, żelaza i metali szlachetnych nie niszczały, lub – co bardziej prawdopodobne – nie stały się łupem turystów pragnących przywieźć z Turcji starożytną pamiątkę, zgromadzono w nim prawdziwą armię rzeźb wielkich i pomniejszych. Wiele już, niestety, bez głów. Głowy bowiem zgromadzono w osobnej sali, czyniąc z muzeum trochę miejsce horroru. Wpatrywałam się w nieme i mocno przenicowane przez piasek oraz wiatr oczy i usta tych głów i wyobraziłam sobie moment pozowania artyście. Twarze miały bardzo realne rysy i musiały do kogoś należeć, do kogoś, kto – jak ludzie przez całe wieki aż do dziś – chciał po sobie coś zostawić, wyryć się na kartach historii w tej czy innej formie lub postaci. Te głowy prawdopodobnie będą tu jeszcze jak już nas nie będzie.

Źródło: Kontynenty / Jakub Rybick / Szczątki kolumn w Priene przypominają, że nic nie trwa wieczniei

Nie tylko zresztą głowy. Dbałość o szczegół przykuła moją uwagę przy małych, oszklonych półkach, a na nich spinki, wisiorki, pierścionki, z detalami tak malutkimi, że aż dziw, w jaki sposób zostały one wykonane. Biorąc pod uwagę, że artysta miał do dyspozycji jedynie dłuto i inne, nienowoczesne narzędzia pracy, szacunek wzbudza tym większy.

Ale muzeum dopiero potem. Póki co wciąż jeszcze byliśmy w estetycznych mieszkaniach Efezjan, w których dominowały ściany w kolorach bladej ochry. Co ciekawe, wszystkie pomieszczenia były w kształcie kwadratu, rzadko które zostało wydłużone do prostokąta, jakby ówcześni wiedzieli, że jedynie takie pokoje są idealnie ustawne, a wystrój ich można zmieniać, jak dusza zapragnie. Mieszkania były przy mieszkaniach, nie dzielił ich płot, ani inne ogrodzenie, sąsiad zapewne słyszał sąsiada, ale mu to nie przeszkadzało. Gdy chciał się z nim spotkać, wychodził na ganek pośrodku kilku domostw i tam przy tryskającej fontannie gawędził. W całym Efezie miałam wrażenie, że zbudowany jest on po to, żeby ludzie cały czas się spotykali, lub napotykali na siebie, unikając – być może – niepotrzebnej im wówczas samotności i wyciszenia. Jeśli jej potrzebowali, szli do biblioteki, po której została już teraz jedynie fasada, jak okładka książki. Strzeliste kolumny, przy których człowiek czuje się jak mrówka, rzymskie, kwiatowe zdobienia i płaskorzeźby zwierząt, czyli znów nawiązanie do natury, ukazujące, że my i ona to jedno. Czego dziś często, niestety, się nie zauważa.

Źródło: Kontynenty / Jakub Rybicki / Kusadasi znaczy Wyspa Gołębi, a te upodobały sobie zamek wybudowany w 1530 roku przez Barbarossa Hayreddina Pashę

Przysiadłam na schodkach prowadzących do środka biblioteki, teraz zarosłego przeróżnymi, schnącymi na słońcu roślinami, i zastanawiałam się, jak by się dziś w niej siedziało, kto tu przychodził, czy dużo ludzi z niej korzystało i jak wyglądało tak naprawdę czytelnictwo w tamtych czasach. Bo na pytanie, jak wyglądało spotkanie z kulturą, nie musiałam długo czekać. Teatr, który właściwie tuż za rogiem (znów ciąg logiczny), gromadził ponad pięć tysięcy osób i ponoć wszystkie miejsca zawsze były zajęte, choć siedzenia zrobiono z twardego kamienia, wyżłobionego jednak przez pośladki przez setki lat. Stanęłam pośrodku sceny, tuż za mną zbita w jedną masę japońska wycieczka, która czekała na sygnał przewodniczki wdrapującej się na ostatnie rzędy teatru. Ktoś chrząknął, ktoś kichnął i oba te dźwięki poszybowały w górę, jakby dostały skrzydeł.

Źródło: Kontynenty /Jakub Rybicki / Winnica nieopodal Kusadasi, której właściciele są rozmiłowani w rzymskiej stylistyce

– Wow! – było tyleż gromkie i japońskie, co wzbudzające kolejne "wow" u innej, tym razem rosyjskiej wycieczki. Mi też się wyrwało, ale tylko na chwilę, bo głowa pozbawiona kapelusza w palącym słońcu zaczynała powoli skwierczeć. Rozejrzałam się za jakimkolwiek cieniem i znalazłam go pod jedynym drzewem w pobliżu wyjścia z amfiteatru. Wzrok odnalazł od razu swój stan normalny i natknął się niemal natychmiast na drogowskaz mówiący "Stadion". Niespecjalnie mi ze sportem masowym po drodze, więc niezbyt chciało mi się tam zaglądać, ale być w starożytnym mieście i nie zobaczyć, w jakich okolicznościach przyrody ówcześni dopingowali? Już, już miałam rozpędzić trampki, kiedy ktoś szepnął: – Nie warto, tam nic nie ma. Kamienie tylko, więcej widać na prezentacji wideo w muzeum.

Źródło: Kontynenty / Jakub Rybicki / Z domu Marii Dziewicy, gdzie zostawia się karteczki z życzeniami wetknięte w starożytne ściany, do pozłacanego pomnika Matki Jezusa niedaleko

Rozgrzeszona i rozgrzana już niemal do nieprzytomności (było punkt południe) wsiadłam w busa i pojechałam do muzeum spotkać się z pozostałościami po mieście, które żyło pełnią życia i doskonale wiedziało, jak się urządzić i w jakiej kolejności oferować mieszkańcom kulturę i rozrywkę. Co najpierw, a co potem. Logika. I z tym porządkiem w głowie, pomieszanym nieco przez nabite na pręty muzealne głowy, wyruszyliśmy do Kusadasi, które przywitało nas niemal od razu kakofonią dźwięków wszelkiej maści – od gruchania gołębi, przez klaksony aut, po pisk opon motocykli poruszających się po rondzie w odwrotnym kierunku niż należy.

Tekst ukazał się w "Kontynentach" nr 4/2017

Polub WP Turystyka
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne